wtorek, 28 października 2008

No i szukamy. Nasz wypasiony pojazd z napędem na cztery koła teraz ledwo zipie. Całe szczęście da się z niego jeszcze cos wydusić. W ten soposob docieramy do jedynej czynnej stacji w calej Addis. Co za szczęście, jest benzyna!
Miny nam rzedną, kiedy zauważamy niekonczący sie sznurek samochodów, które chca się "pożywić" pysznym pliwkiem. W takiej kolejce postoimy co najmniej do jutra rana. Trzeba coś zrobić... Syum wpadl na pomysł, zeby po prostu się w nią wrąbać. Na chama, bez skrupułów. Nie on pierwszy... Przed nami stoi juz jeden taki, co tez tak pomyślał. I strasznie na nas dymi z rury wydechowej. A ma czym dymic, bo to ciezarówa jest. Afrykanskie samochody nie maja katalizatorow, tłumików, często świateł, czasem okien. W ogóle malo mają. Działaja nierzadko "na mlotek" to znaczy tu sie walnie, tam się walnie i pojedzie. Duża liczba aut osobowych wyglada jakby przed chwilą została odebrana ze zlomowiska. Sformulowania "została odebrana" uzylam nie bez przyczyny. Nie moglam napisać "wyjechala", bo te maszyny zazwyczaj nie są w stanie nigdzie dojechać.
Stoimy w tej "konkurencyjnej" kolejce chyba z piętnaście minut i ani drgniemy. Ciężarówa z przodu nie bardzo ma szansę, żeby się wcisnąć. Nikt jej nie chce przepuścić. Benzyna moze sie przeciez skończyć w kazdej chwili. Za nami zaczyna formowac się coraz dłuższy sznur pojazdów. Wszyscy trąbią, jest potworny halas i smród spalin, a do tego błocko, jakie zostało po porannej ulewie. Nie wyjedziemy stąd nigdy. Zaczynamy z Renatą uśmiechac się do kierowców z wlaściwej kolejki, w nadziei, ze któryś nas przepuści. Oni są jednak nieczuli na nasze wdzięki. No tak, nie jestesmy przeciez długonogimi murzynkami, ze śnieznobiałymi zębami, pięknymi duzymi oczami i jeszcze większą pupą. Nie jesteśmy nawet wysokimi blondynkami z nieskazitelnie białą cerą. Nalezymy do najnizszej kategorii "bialasek", czyli chudych brunetek. Kierowcy widząc nasze promienne uśmiechy odwracają głowy.
Wreszcie znalazł się jeden, który zgodził się nas przepuścić. Zrobił to chyba dla świętego spokoju, zmęczony ciągłym odwracaniem głowy i udawaniem, że nas nie ma. Syum odpala samochód i... nic. Probuje jeszcze raz i jeszcze raz. Znowu nic. Bak jest pusty. Tracimy naszą szansę.
Po dwudziestu minutach wysłuchiwania dobiegających z tylu obelg pod naszym adresem, znajdujemy kolejnego milosiernego, który chce nas wpuścić przed siebie. Nie ma na co czekać. Wyskakujemy z samochodu i zaczynamy go pchać. Cali wypaprani jesteśmy w błocie, ale to nie wazne. Grunt, ze za chwilę nasza terenówka napije się pysznej benzynki. Weźmiemy jeszcze troche na zapas do kanistrów, w razie gdyby po drodze autko zapragnęło drinka.
Hurra! Możemy ruszać! Kierunek południe! Do Arba Minch! Mamy czterogodzinne opóźnienie, ale za to pełny bak.

Brak komentarzy: