wtorek, 9 czerwca 2009




Nadszedł wreszcie moment, kiedy Syum musi zdjąć nogę z gazu. Wjechaliśmy na tereny plemienia Arbore. Ale spokojnie. To nie ze względu na atak miejscowych. Po prostu zwykła kontrola drogowa i do tego przepiękny punkt widokowy na cudowną, spaloną słońcem dolinę. Ledwo zgasł silnik a Florian z Rysiem wyskoczyli jak oparzeni i kurcgalopkiem biegną żeby sfotgrafować wszystko co pojawi się na celowniku aparatu.


Reszta załogi delektuje się prawdziwie afrykańskimi krajobrazami. Cisza, spokój...


Tak nam się tylko wydawało, bo nie wiadomo skąd wokół nas pojawili się jacyś mężczyźni w śmiesznych, kolorowych kapelutkach i... mini spódniczkach!


-Chyba trafiliśmy do wioski krasnoludków - myślę sobie ubawiona widokiem szczerzącego do nas zęby pana w osobliwym cylindrze.


Widok na dolinę tak nas zachwycił, że nie zauważyliśmy leżącej po prawej stronie osady.


Obok kapelusznika zaczynają pojawiać się wszędobylskie dzieciaki, a za nimi kobiety (w równie śmiesznych jak kapelusze mężczyzn) fryzurach a la etiopska Kleopatra, czyli splecionych w drobne warkoczyki i przyciętych na długości koniuszków uszu z grzywką skróconą do połowy czoła.


- Chodźmy się bratać z miejscowymi! - wykrzykuję wniebowzięta i już zastanawiam się co tu zrobić, żeby namówic resztę na nocleg w którejś z chatek krasnoloudków w rozmiarze XXL.


Mój zapał szybko mija, bo przy oknie Syuma pojawia się poważny, może nawet trochę mrukowaty, mężczyzna. Z przerażeniem stwierdzam, że ma przewieszony przez ramię karabin. Facet w spódniczce opasanej sznurem naboi, z bronią przewieszoną przez ramię wcale nie wzbudza mojego zaufania. Serce zaczyna walić mi jak oszalałe i z niepokojem rozglądam się za Florianem i Rysiem.


- Gdzie do licha oni są? Jeszcze przed chwilą biegali uzbrojeni w aparaty. Szkoda, że zamiast nich nie mają jakichś pistoletów.


Syum uspakaja, że to rutynowa kontrola i że zaraz dogada się z panami, ale widzę, że on też zaczyna wzrokiem szukać ganiających gdzieś po okolicy chłopaków.


- To może pójdę ich poszukać? - proponuję łamiącym się głosem.


- Może idź. - cieniutkim altem odpowiada Renia.


- No to idę. - jeszcze cieńszym, ledwo słyszalnym szeptem oznajmiam i chwytam za klamkę.


- Bądź ostrożna dziecko! - Mania, niczym matka posyłająca syna (no, w tym akurat wypadku córkę) na wojnę, żegna mnie rzewnym sopranem dramatycznym. Może jeszcze kiedyś będzie nam dane się spotkać...


Wychodzę z samochodu i czuję, że nogi mam jak z waty. Jakimś cudem jednak uruchamiam je i zaczynam poszukiwania.


Brak komentarzy: