poniedziałek, 29 grudnia 2008


Trzeba sie szybko rozlokować, bo w restauracji czeka na nas przepyszna kolacja. W karcie mnustwo europejskich smakołyków. Do wyboru rozne odmiany kurczaka, ryb i nawet dania wegetarianskie. Są tez zupki, a na deser do wyboru ciasto, albo owoce. Nasz kierowco-kucharz ma dzisiaj wolne.
- Co by tu wybrać kurczaka, a moze rybę? - zastanawiam sie glosno.
- Poproszę kurczaka i zupę warzywną. Do tego sałatkę i na deser ciasto czekoladowe.
- Zaraz zapytam czy jest. - odpowiada drobna, wystraszona kelnerka.
Po dluższym czasie z kuchni wychodzi gruba kobieta i kierując sie do naszego stolika oznajmia, że dzis w menu jest fish coutlet, zupa cebulowa, a salatka juz sie skonczyła. Na deser mozemy za to zjesć owoce z puszki, albo mango. Tylko, że mango własciwie juz nie ma. Zostala tylko porcja dla jednej osoby.
- To ja je wezmę! - wykrzykuje uradowany Rysio.
Skonczyły sie marzenia o krolewskiej uczcie. To jest Afryka.
Zamawiamy kotlety rybne. Dla wszystkich nie starcza, wiec wypada poł porcji na łebka. Nie wiem jakim cudem Rysio dostal cała. Chyba ma jakies chody u kucharza. No nic trzeba szybko zjesc, zapomniec o glodzie i isc spac.
- Chyba przesadzilem z kolacją. Moglem sobie to mango darować. - oznajma objedzony jak dzika świnia Rysio, który po takim posilku ledwo miesci sie w drzwiach swojego domku. Dobrze, ze juz poszedl, bo upieklibysmy go na ruszcie i schrupali jak kurczaka.

czwartek, 18 grudnia 2008


Kiedy docieramy do Arba Minch jest juz całkiem ciemno. Podobno wokoł są liczne zródła, które mozna spotkac w lasach, otaczających okolice miasta. Podobno w poblizu lezą dwa jeziora Abaya i Chamo. Podobno mozna sie tu wybrać na tak zwany Crocodile Market. Podobno znjaduje sie tu jeden z lepszych etiopskich uniwersytetów. Podobno jest to najwieksze miasto południowo-zachodniej Etiopii. Podobno, ale ja nic nie widzę, bo zrobilo sie ciemno jak za przeproszeniem w tylnej czesci ciala czarnoskórej osoby. W głownej części miasta jeszcze co nieco mozna dostrzec, my jednak mijamy wszelkie miejsca zaludnione i kierujemy sie w stronę wybrukowanej, dlugiej ulicy prowadzącej w ciemną otchlań. Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Gdzieniegdzie widać "chodzące ubrania". Gdyby nie strój i ogromne galki oczne, mieszkancy całkowicie zlaliby się z noca. Wreszcie dojechalismy do rozstaju. Na lewo strzałka wskazujaca kierunek do hotelu Bekele Mola, w ktorym przed laty zatrzymywał się Kapuściński. My odbijamy w przeciwna stronę. Będziemy spac gdzie indziej.
Dojechaliśmy! Hurra! Ale fajnie! No tak, fajnie to było przez pierwsze pietnaście minut, a potem to juz tylko dlugie czekanie na klucze. Bo będziemy spać w domkach i to w dodatku z tarsami! Po upływie pól godziny wreszczie dogadujemy sie z obslugą. Zrozumieli, ze szukamy noclegu. Dali klucze i kazali iśc za boyami.
No ja cie nie mogę! W takich luksusach to dawno nie byłam! Każdy ma osobny minidomek, do ktorego prowadzi kamienna drużka, a nie żadne ściezki przez zarośla. Malo tego, dojście do kwater jest oswietlone, a na srdoku głownego chodnika jest fontanna! Co prawda bez wody, ale jest. I jeszcze restauracja! Nie musimy wracać do miasta na wyzerke, bo wszystko mamy pod nosem.
Gnamy wiec za chlopakami, ktorzy wzieli plecaki i walizke Rysia. Wlasciwie ja swoje plecaki niose sama. Duzy na plecach, maly na brzuchu, aparat w jedenej rece i butelke z woda w drugiej. Nie przywykłam do takiej obslugi, wiec teraz dziwne mi sie wydalo, ze ktos moze niesc moje rzeczy za mnie. Obladowana jak juczne zwierze biegne za reszta potykając sie o wlasne nogi. Tym bardziej, ze z chwila pojawienia sie domkow oswietlenie sie skonczylo i przy tak kiepskiej widocznosci trudno isc prosto. A moglam dac bagaze boyom. I do tego mam latarke na dnie glownego plecaka. Jeszcze powinnam zacząć robić icha icha i bylaby ze mnie prawdziwa oslica. Glupia i uparta!
No ale nic to, jak mawial pan Wołodyjowski do swojej Basienki, zaraz bedziemy na miejscu. Domki z zewnatrz calkiem calkiem. Z ganeczkiem i jest nawet lamapa. Trochę nieświecąca, ale od czego sa latarki. Boy prowadzi mnie do mojego lokum, otwiera drzwi kluczykiem, bierze ode mnie aparat i wodę, kladzie na stoliku w pokoju i z promiennym usmiechem zaprasza do srodka. Wczołguję sie wiec za nim, postekując rzucam toboły na ogromne łoze i odwzajemniając uśmiech dziękuję. No ale on stoi dalej. No to ja mu znów dziekuję, a on na to, ze należa sie dwa birry (dla niewtajemniczonych birr to etiopska waluta).
- A możesz mi łaskawco powiedziec za co? Myslałam, ze juz wszystko oplacone. - pytam nieśmialo.
- Pomogłem ci niesc bagaz. Za to w recepcji nie zaplacilas.
- Pomogłeś mi nieśc bagaz? Zaraz, ale kiedy? Czy jak cos przeoczyłam? Moze po tym ciezkim dniu mam jakies zaniki pamięci, bo wydaje mi sie, ze sama go tu dotachałam na moich osobistych plecach i brzuchu.
- Na plecach i brzuchu niosłas plecaki, a aparat i wode wniosłem ja - mówi z dumą boy i wyciaga rękę po swoją dolę.
Nie mając sil do walki o swoje prawa wyciagam portfel i postanawiam, ze od dzis moje bagaze beda nosic inni.

sobota, 13 grudnia 2008


W Turni robi się ciemno. Po meczącym dniu mieszkancy wracają do tukuli. Tukule to okrągłe, drewniane, czasem pokryte krowim łajnem chaty. W takim domku mieszka Muga z rodziną. Wlasnie biegnie zziajany na kolację. Trzeba być punktualnie. Jak nie zdążysz, ktos inny zje twoja porcję. Mały Hamer jest bardzo glodny. Po dniu spędzonym na zabawach potrzebuje energii. Kozie mleko mu jej dostarczy.
Muga nie ma rodzeństwa. Jest szczęściarzem, bo rodzice mieli pieniądze na to, zeby kupić mu mundurek i dzięki temu mogł pójść do szkoły. Na zeszyty i plecak juz nie starczyło. Tata Mugi to swiatły czlowiek. Potrafi powiedzieć parę słów po angielsku. Ma poważanie w wiosce, choc niektórzy uważają go za ekstrawanckiego dziwaka, bo posłal syna do szkoly. Hamerowie rzadako pozwalaja dzieciom sie uczyć, mimo ze w Etiopii istnieje obowiązek szkolny. Szkola odciąga od pracy. Szczególnie w czasie żniw liczy się kazda para rak do roboty w polu.
Muga uwielbia szkołe. Nie musi wtedy wypasać bydła, a w czasie dlugiej drogi jest okazja do róznych zabaw. Teraz jednak o tym nie myśli. Są wakacje. Najedzony kładzie się spac. Jutro cieżki dzien. Będzie pomagal budować nowy dom sąsiada.

czwartek, 11 grudnia 2008

Zapada zmrok, a my dalej jedziemy. Głowy bolą od muzyki, karki bolą od gwałtownych hamowań, tyłki bolą od podskakiwań na wertepach i wreszcie nogi bolą po całym dniu bezruchu. Jestem szczęśliwa. To są momenty dla ktorych warto żyć. Podrózując po bezdrozach, z dala od cywilizacji mozna poczuc sie na prawde wolnym. Co z tego, ze cale cialo powyginane jest w roznych kierunkach, a kosci bola od nienaturalnych skrętów konczyn. Co z tego, ze w nagrzanym samochodzie bez klimatyzacji można sie poczuc jak pomidor w szklarni. Co z tego, ze woda, ktora pijemy w czterdzistostopniowym upale zaraz zacznie wrzec. Co z tego, ze nie wiemy kiedy dojedziemy na miejsce. Liczy się chwila. Tu i teraz. Mijamy wioski, których u nas nie znajdzie sie juz nawet w skansenach. Wszedzie widac biede. Dzieciaki w poszarpanych i brudnych ubraniach, czesto bez butów, krzyczą za nami i machają stojąc na poboczach. Przydrozni handlarze próbuja sprzedać to co mają. Wybiegaja na srodek ulicy i prawie wpadaja pod kola, liczac, ze wcisna nam kukurydze, placek, gotowane jajko, czy co tam jeszcze maja. Poniewaz sie sciemnia, strasze dzieci sciagaja bydlo do zagrody. Wszystko tetni zyciem. A kiedy robi sie juz na tyle ciemno, ze nie widac nic w buszu, ludzie schodzą sie do wiosek, siadają przed chatami i debatuja o dzisejszym dniu.
Mimo niedostatku, ludzie tu żyjący potrafia byc szczesliwi i tego szczescia uczę sie od nich. Przestalam sie przejmować, co sie dzieje w kraju. Nie interesuja mnie kolejne afrery z udzialem naszych politykow. Nie martwie sie, ze nie mam samochodu, albo brakuje mi pieniedzy na stol do pokoju. Przeciez to wszystko sie nie liczy. Najwazniejsze jest to szczescie, ktore daja mi podroze i ci ludzie, ktorzy mimo ubóstwa sa cały czas usmiechnieci. Nie wpadają w pulapke czasu. To czas jest dla nich. Nie musza za niczym gonic, no bo po co. Jestem szczesliwa, bo wszystko, co mnie niewoli zostalo daleko.