Kiedy docieramy do Arba Minch jest juz całkiem ciemno. Podobno wokoł są liczne zródła, które mozna spotkac w lasach, otaczających okolice miasta. Podobno w poblizu lezą dwa jeziora Abaya i Chamo. Podobno mozna sie tu wybrać na tak zwany Crocodile Market. Podobno znjaduje sie tu jeden z lepszych etiopskich uniwersytetów. Podobno jest to najwieksze miasto południowo-zachodniej Etiopii. Podobno, ale ja nic nie widzę, bo zrobilo sie ciemno jak za przeproszeniem w tylnej czesci ciala czarnoskórej osoby. W głownej części miasta jeszcze co nieco mozna dostrzec, my jednak mijamy wszelkie miejsca zaludnione i kierujemy sie w stronę wybrukowanej, dlugiej ulicy prowadzącej w ciemną otchlań. Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Gdzieniegdzie widać "chodzące ubrania". Gdyby nie strój i ogromne galki oczne, mieszkancy całkowicie zlaliby się z noca. Wreszcie dojechalismy do rozstaju. Na lewo strzałka wskazujaca kierunek do hotelu Bekele Mola, w ktorym przed laty zatrzymywał się Kapuściński. My odbijamy w przeciwna stronę. Będziemy spac gdzie indziej.
Dojechaliśmy! Hurra! Ale fajnie! No tak, fajnie to było przez pierwsze pietnaście minut, a potem to juz tylko dlugie czekanie na klucze. Bo będziemy spać w domkach i to w dodatku z tarsami! Po upływie pól godziny wreszczie dogadujemy sie z obslugą. Zrozumieli, ze szukamy noclegu. Dali klucze i kazali iśc za boyami.
No ja cie nie mogę! W takich luksusach to dawno nie byłam! Każdy ma osobny minidomek, do ktorego prowadzi kamienna drużka, a nie żadne ściezki przez zarośla. Malo tego, dojście do kwater jest oswietlone, a na srdoku głownego chodnika jest fontanna! Co prawda bez wody, ale jest. I jeszcze restauracja! Nie musimy wracać do miasta na wyzerke, bo wszystko mamy pod nosem.
Gnamy wiec za chlopakami, ktorzy wzieli plecaki i walizke Rysia. Wlasciwie ja swoje plecaki niose sama. Duzy na plecach, maly na brzuchu, aparat w jedenej rece i butelke z woda w drugiej. Nie przywykłam do takiej obslugi, wiec teraz dziwne mi sie wydalo, ze ktos moze niesc moje rzeczy za mnie. Obladowana jak juczne zwierze biegne za reszta potykając sie o wlasne nogi. Tym bardziej, ze z chwila pojawienia sie domkow oswietlenie sie skonczylo i przy tak kiepskiej widocznosci trudno isc prosto. A moglam dac bagaze boyom. I do tego mam latarke na dnie glownego plecaka. Jeszcze powinnam zacząć robić icha icha i bylaby ze mnie prawdziwa oslica. Glupia i uparta!
No ale nic to, jak mawial pan Wołodyjowski do swojej Basienki, zaraz bedziemy na miejscu. Domki z zewnatrz calkiem calkiem. Z ganeczkiem i jest nawet lamapa. Trochę nieświecąca, ale od czego sa latarki. Boy prowadzi mnie do mojego lokum, otwiera drzwi kluczykiem, bierze ode mnie aparat i wodę, kladzie na stoliku w pokoju i z promiennym usmiechem zaprasza do srodka. Wczołguję sie wiec za nim, postekując rzucam toboły na ogromne łoze i odwzajemniając uśmiech dziękuję. No ale on stoi dalej. No to ja mu znów dziekuję, a on na to, ze należa sie dwa birry (dla niewtajemniczonych birr to etiopska waluta).
- A możesz mi łaskawco powiedziec za co? Myslałam, ze juz wszystko oplacone. - pytam nieśmialo.
- Pomogłem ci niesc bagaz. Za to w recepcji nie zaplacilas.
- Pomogłeś mi nieśc bagaz? Zaraz, ale kiedy? Czy jak cos przeoczyłam? Moze po tym ciezkim dniu mam jakies zaniki pamięci, bo wydaje mi sie, ze sama go tu dotachałam na moich osobistych plecach i brzuchu.
- Na plecach i brzuchu niosłas plecaki, a aparat i wode wniosłem ja - mówi z dumą boy i wyciaga rękę po swoją dolę.
Nie mając sil do walki o swoje prawa wyciagam portfel i postanawiam, ze od dzis moje bagaze beda nosic inni.
Dojechaliśmy! Hurra! Ale fajnie! No tak, fajnie to było przez pierwsze pietnaście minut, a potem to juz tylko dlugie czekanie na klucze. Bo będziemy spać w domkach i to w dodatku z tarsami! Po upływie pól godziny wreszczie dogadujemy sie z obslugą. Zrozumieli, ze szukamy noclegu. Dali klucze i kazali iśc za boyami.
No ja cie nie mogę! W takich luksusach to dawno nie byłam! Każdy ma osobny minidomek, do ktorego prowadzi kamienna drużka, a nie żadne ściezki przez zarośla. Malo tego, dojście do kwater jest oswietlone, a na srdoku głownego chodnika jest fontanna! Co prawda bez wody, ale jest. I jeszcze restauracja! Nie musimy wracać do miasta na wyzerke, bo wszystko mamy pod nosem.
Gnamy wiec za chlopakami, ktorzy wzieli plecaki i walizke Rysia. Wlasciwie ja swoje plecaki niose sama. Duzy na plecach, maly na brzuchu, aparat w jedenej rece i butelke z woda w drugiej. Nie przywykłam do takiej obslugi, wiec teraz dziwne mi sie wydalo, ze ktos moze niesc moje rzeczy za mnie. Obladowana jak juczne zwierze biegne za reszta potykając sie o wlasne nogi. Tym bardziej, ze z chwila pojawienia sie domkow oswietlenie sie skonczylo i przy tak kiepskiej widocznosci trudno isc prosto. A moglam dac bagaze boyom. I do tego mam latarke na dnie glownego plecaka. Jeszcze powinnam zacząć robić icha icha i bylaby ze mnie prawdziwa oslica. Glupia i uparta!
No ale nic to, jak mawial pan Wołodyjowski do swojej Basienki, zaraz bedziemy na miejscu. Domki z zewnatrz calkiem calkiem. Z ganeczkiem i jest nawet lamapa. Trochę nieświecąca, ale od czego sa latarki. Boy prowadzi mnie do mojego lokum, otwiera drzwi kluczykiem, bierze ode mnie aparat i wodę, kladzie na stoliku w pokoju i z promiennym usmiechem zaprasza do srodka. Wczołguję sie wiec za nim, postekując rzucam toboły na ogromne łoze i odwzajemniając uśmiech dziękuję. No ale on stoi dalej. No to ja mu znów dziekuję, a on na to, ze należa sie dwa birry (dla niewtajemniczonych birr to etiopska waluta).
- A możesz mi łaskawco powiedziec za co? Myslałam, ze juz wszystko oplacone. - pytam nieśmialo.
- Pomogłem ci niesc bagaz. Za to w recepcji nie zaplacilas.
- Pomogłeś mi nieśc bagaz? Zaraz, ale kiedy? Czy jak cos przeoczyłam? Moze po tym ciezkim dniu mam jakies zaniki pamięci, bo wydaje mi sie, ze sama go tu dotachałam na moich osobistych plecach i brzuchu.
- Na plecach i brzuchu niosłas plecaki, a aparat i wode wniosłem ja - mówi z dumą boy i wyciaga rękę po swoją dolę.
Nie mając sil do walki o swoje prawa wyciagam portfel i postanawiam, ze od dzis moje bagaze beda nosic inni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz