niedziela, 29 marca 2009


Wybąblone hektolitry Coli dają o sobie znać. Idę za tutejszym ludem w poszukiwaniu wygódki. Blaszane coś stojące na środku pola nie prezentuje się najlepiej, ale cóż, jak mus to mus.
- Ferendżi, hej ferendżi! - macha do mnie ręką jakiś tutejszy.
Ferendżi, to słowo, którym Etiopczycy nazywają przybyszy o białym kolorze skóry. To nic obraźliwego. Zwykła nazwa. A skąd się on wzięła w języku potomków królowej Saby? Według ekspertów, którzy posługują się tym określeniem od lat, a krócej mowiąć tubylców, słowo pochodzi od angielskiego rzeczownika "French" czyli Francuz. Po przekształeceniu go na miesjcowe dialekty powstało określenie ferendżi, frendżi, felendżi i tym podobne. Bo biały czlowiek, to biały człowiek. Francuz, Niemiec, Polak, Hiszpan. Nieważne. Ważne, że jego skóra jest biała.
- Ju, ju! - nie daje za wygraną miejscowy, kiedy nie reaguję na poprzednie nawoływania.
"Ju", to też popularne zawołanie na obcokrajowców. Dla mnie dużo mniej przyjemne niż ferendżi. Geneza, jak łatwo się domyślić, sięga angielskiego "you" czyli ty. Jeśli w Polsce zawoła się do kogoś "Ej ty, chono tu.", jest bardzo prawdopodobne, że wołany nie zareaguje. Pomyśli sobie "A niech se woła. Nigdzie nie idę. Nie będzie mnie tu palcem wytykał". W Afryce działa to tak samo. Nic przyjemnego. Niestety w zwyczajach miejscowych dzieciaków utarło się, że podbiegają do przybysza, co odważniejsze ciągną go na przykład za koszulkę i krzyczą "Ej, ju. Ju. Give mi something", co oznacza "Ej ty. Ty. Daj mi coś."
Na pytanie białasa: "A niby dlaczego mam ci coś dać?" mały cwaniak z rozbrajającą szczerością potrafi odpowiedzieć: "A czemu nie?"
No tak. Czemu nie? W mentalności większości Etiopczyków, osoba bladolica jest synonimem bogactwa. Skoro go stać, żeby tu przyjechać, skoro ma czyste ubranie i to nie jedno, a kilka na zmianę, skoro ma taki duży plecak, skoro je w restauracjach (jakkolwiek by one nie wyglądały), skoro jeździ samochodem, skoro ma okulary przeciwsłoneczne, jednym zdaniem skoro stać go na tyle niepotrzebnych rzeczy to pewnie nie ma co zrobić z pieniędzmi. Ale ja - myśli sobie Afrykańczyk - mogę zdjąć z niego ten ciężar i zabrać mu trochę pieniędzy. On nie zbiednieje, a mi się przyda.
Europejczyk to dla Etiopczyka chodząca kopalnia złota i to dość bezpiecznia, bo nie trzeba do niej zjeżdżać windą.

Jeśli jednak ów nieborak ze Starego Kontynentu majętny wcale nie jest, a jedyne pieniądze, jakie uda mu się uciułać przeznacza na dalekie lub bliższe wyprawy, to pojawia się problem. Rozwiązaniem są długopisy, breloczki, zeszyty i masa innych drobiazgów. Dla Etiopskich uczniów to towar deficytowy. Dla moich pleców, dodatkowy ciężar do dźwigania. Im szybciej sie go pozbędę, tym będzie mi lżej, albo zrobię miejsce na pamiątki z wyprawy.
Handel wymienny to tutaj normalna rzecz. Nieraz można kupić jakiś fajny, lokalny wyrób w zamian za skarpetki albo koszulkę. Może być nawet ta, którą obecnie ma się na sobie. Paniom jednak takiego rozwiązania nie polecam, jeśli nie chcą wędrować z wianuszkiem gwiżdżących adoratorów za sobą.

środa, 25 marca 2009


Dobrze, że Big Mama właśnie niesie nam jedzonko, bo nie mogę znieść smaku czatu w ustach. Ślnika mi cieknie na myśl, że za chwilę zjem pyszne kluchy.

Jednak micha, którą postawiła przede mną wcale nie przypomina talerza wyśmienitego spaghetti. To zwykły, rozgotowany makaron polany chyba... keczupem. Z zazdrością zerkam na Syuma, który jako jedyny zamówił injerę, czyli tradycyjne etiopskie danie i teraz zajada się nią patrząc z pogardą na nasze niby-włoskie niby-specjały. A co tam. Człowek nie świnia i zeżre wszystko - myślę sobie i łapię za widelec. Jest zjadliwe. Nie narzekam, bo sama czasem gorsze rzeczy gotowałam. Coca-cola za to jest wyśmienita. Chłodiutka, orzeźwiająca, daje kopa w tym upale. Nie ma nic lepszego niż napicie się jej w taki skwar. No może oprócz napicia się schłodzonego piwa.

W Etiopii żywność się nie marnuje. Zauważyłam, że zatrzymujący się w przydrożnych restauracyjkach kierowcy, jeśli nie zjedzą wszystkiego co zamówili, dzielą się z dziećmi, których zawsze jest pełno w okolicy. Nie ma w tym nic obraźliwego. Nikomu nie przeszkadza, że dojada po kimś. Liczy się pełny brzuch, co nie zdarza się tutaj często.

Nam też w jedzeniu towarzyszą miejscowe dzieciaki. Oddajemy im połowę naszych porcji. Wszyscy są najedzeni, a talerze puste.

wtorek, 17 marca 2009


Zaskakuje mnie przyjacielskość, jaką okazują nam mieszkańcy tego miasteczka. Przy sąsiedniej stoliko-ławce siedzi grupa ludzi żujących dziwną zieleninę. Jedna z jedzących ten krowi przysmak dziewczyn podchodzi do Renaty i całuje ją w policzek, po czym obejrzawszy ze wszystkich stron jej białą rękę odchodzi do swoich ubawionych tym zachowaniem towarzyszy. Oczy miłośniczki białych rąk są przekrwione. Wydaje się, że kobieta nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Za chwilę jej kolega przysiada się do nas proponując skosztowanie zielska.



Wegetarianie? Nigdzie w Afryce nie spotkałam tubylca żywiącego się wyłącznie roślinami. Owoce, warzywa? To nie jedzenie. To tylko dodatek. Mięso to jest pokarm. Jest dostępne tylko od święta. Dlaczego więc nasi sąsiedzi przy stoliku obok rzują zielsko tak bardzo się przy tym ekscytując? I czemu jeden z nich nas nim częstuje? Może myśli, że w Europie nie ma trawy? A może cieszy się z pory deszczowej i tego, że wszystko wokół rozkwita i się zieleni?


-Chcecie skosztować czatu? - głos Syuma wybija mnie z rozmyślań na temat wegetarianizmu w Afryce.


-Co to jest czat? - pytam zdziwiona.


- To te liście - wskazuje głową na trzymane przez naszego nowego kolegę chabuzie. - Dobrze robią.


- A po co się je je? - pytam coraz bardziej zaintrygowana.


-Nie je, tylko żuje. Dobrze robią. Na żywotność i w ogóle. Tylko nie bierzcie za dużo, bo potem nie uśniecie w nocy. - odpowiada kierowca.


- Syum, próbowałeś tego kiedyś?


- Czasem żuję, kiedy jestem zmęczony.


Spoglądam raz na trzymane przez gościnnego Etiopczyka gałęzie, to znów na grupkę siedzącą przy stoliku obok. Wszyscy są dziwnie podekscytowani. Wygladają jakby nie do końca zdawali sobie sprawę z tego co się wokół dzieje. Piwo w połączeniu z czatem zrobiło swoje. Nie dziwię się już jeździe kierowców w tym kraju. Nażre sie taki zielska i potem usiedzieć za kierownicą nie może, bo w nim wszystko kipi.


Z grzeczności decyduję się skosztować jak smakuje afrykański dopalacz. Biorę, tylko jeden listek, żeby przypadkiem nie przedawkować. Etiopczyk, który nas poczęstował tym wątpliwym rarytasem wybucha śmiechem. Chyba wzięłam za mało. Trudno. Niech się śmieje. Nie mam zamiaru zostać czatomanką.



W smaku nie przypomina mi niczego. Nie mogę porównać tego nawet z trawą, bo po prostu jej nigdy nie jadłam. Po chwili kawałki rozdrobnionego siekaczami listka zaczynają włazić w każdy zakamarek mojej buzi. Powinnam wziąć lekcję spożywania czatu zanim zaczęłam go rzuć. Teraz mam go na co drugim zębie i nie wiem jak się go pozbyć. Rzucie czatu wcale nie jest czadowe.

wtorek, 10 marca 2009


Po kolejnych kilku godzianch jazdy zaczynam mieć problem ze słuchem. W glowie ciągle coś mi dudni i nie mogą zrozumieć zrozumieć słów Renaty. Próbuję odczytać z ruchu jej warg, ale w tej sztuce jestem kiepska. Co gorsza, zauważam, że inni też nie za bardzo orientują się w tym co się do nich mówi. Etiopska Aretha Franklin ma nas na sumieniu. Jej śpiew spowodował niedosłuch u piątki białasów. Syum słyszy doskonale, za to mało mówi. Widocznie magiczny śpiew diwy powoduje u Europejczyków niedosłuch, u Afrykańczyków zaś odjęcie mowy.
Milczący i głusi docieramy wreszcie do ostatniego postoju przed Turmi. To też ostatnia szanasa, żeby coś zjeść. Jest tu mała restauracyjka, w której podobno świetnie karmią. Tak przynajmniej uważa nasz kierowca. Na parkingu, który bardziej przypomina złomowisko stoją ogromne tiry, ze dwa autobusy i nasza machina, która niknie wśród swoich potężnych sąsiadów. Parę kroków dalej widać trzy chaty bez ścian, pokryte strzechą i otoczone drewnianym płotkiem. Na czarnej tablicy wiszącej przed jedną z nich wypisano menu: Injera, Spaghetti, Coca-cola, Mirinda... Dalej nie widzę, bo jest zamazane. Oto najlepsza w mieście restauracja. Skoro tak, trzeba spróbować jej sepecjałów. Wchodzimy więc do środka. Wewnątrz surowy styl afrykańskiego modernizmu. Pięć stołów a la szkolne ławki i współgrające z nimi kolorystycznie siedziska w nowoczesnej, minimalistycznej, rzec można nawet mikroskopijnej deski afrykańskiej. Wszystkiego dopełnia wystrój stołów. Przezroczyste szklanki-musztardówki wygladające na niedomyte i kilka plam na blacie wywołują u gości skojarzenie z ciepłem rodzinnego domu. W tle subtelnie łomocze muzyka lecąca z szafy grającej firmy Stare Rozklekotane Radio. W progu wita nas gospodyni. W jej wzroku dostrzec można złość matki, której dziecko spóźniło się na obiad i musi teraz jeść zimny. Big mama możnaby rzec. Mijamy ją spuszczając w pokorze głowy, jak dzieciaki, które coś przeskrobały i zajmujemu najmniej lepiący się stół. Zastanwiam się, czy do mycia naczyń używają tu płynu i wody. A może języka?
"Co podać?" - zwraca się do nas chudy osobnik, chyba tutejszy kelner. Słowo to wyjątkowo nie pasuje do okliczności.
"A co macie?" - pytam
"Spaghetti i injerę." - rzuca od niechcenia.
Czuję, że mam straszliwą ochotę najeść się czegoś europejskiego. Tak jak cała nasza paczka wybieram spaghetti. Ale będzie uczta. Do tego trochę niezdrowej amerykańszczyzny w postaci Coca-coli, która jest jedynym towarem dostępnym w każdym zakątku kraju. Ślinka mi cieknie na myśl o czekającej mnie wyżerce.