Wybąblone hektolitry Coli dają o sobie znać. Idę za tutejszym ludem w poszukiwaniu wygódki. Blaszane coś stojące na środku pola nie prezentuje się najlepiej, ale cóż, jak mus to mus.
- Ferendżi, hej ferendżi! - macha do mnie ręką jakiś tutejszy.
Ferendżi, to słowo, którym Etiopczycy nazywają przybyszy o białym kolorze skóry. To nic obraźliwego. Zwykła nazwa. A skąd się on wzięła w języku potomków królowej Saby? Według ekspertów, którzy posługują się tym określeniem od lat, a krócej mowiąć tubylców, słowo pochodzi od angielskiego rzeczownika "French" czyli Francuz. Po przekształeceniu go na miesjcowe dialekty powstało określenie ferendżi, frendżi, felendżi i tym podobne. Bo biały czlowiek, to biały człowiek. Francuz, Niemiec, Polak, Hiszpan. Nieważne. Ważne, że jego skóra jest biała.
- Ju, ju! - nie daje za wygraną miejscowy, kiedy nie reaguję na poprzednie nawoływania.
"Ju", to też popularne zawołanie na obcokrajowców. Dla mnie dużo mniej przyjemne niż ferendżi. Geneza, jak łatwo się domyślić, sięga angielskiego "you" czyli ty. Jeśli w Polsce zawoła się do kogoś "Ej ty, chono tu.", jest bardzo prawdopodobne, że wołany nie zareaguje. Pomyśli sobie "A niech se woła. Nigdzie nie idę. Nie będzie mnie tu palcem wytykał". W Afryce działa to tak samo. Nic przyjemnego. Niestety w zwyczajach miejscowych dzieciaków utarło się, że podbiegają do przybysza, co odważniejsze ciągną go na przykład za koszulkę i krzyczą "Ej, ju. Ju. Give mi something", co oznacza "Ej ty. Ty. Daj mi coś."
Na pytanie białasa: "A niby dlaczego mam ci coś dać?" mały cwaniak z rozbrajającą szczerością potrafi odpowiedzieć: "A czemu nie?"
No tak. Czemu nie? W mentalności większości Etiopczyków, osoba bladolica jest synonimem bogactwa. Skoro go stać, żeby tu przyjechać, skoro ma czyste ubranie i to nie jedno, a kilka na zmianę, skoro ma taki duży plecak, skoro je w restauracjach (jakkolwiek by one nie wyglądały), skoro jeździ samochodem, skoro ma okulary przeciwsłoneczne, jednym zdaniem skoro stać go na tyle niepotrzebnych rzeczy to pewnie nie ma co zrobić z pieniędzmi. Ale ja - myśli sobie Afrykańczyk - mogę zdjąć z niego ten ciężar i zabrać mu trochę pieniędzy. On nie zbiednieje, a mi się przyda.
Europejczyk to dla Etiopczyka chodząca kopalnia złota i to dość bezpiecznia, bo nie trzeba do niej zjeżdżać windą.
Jeśli jednak ów nieborak ze Starego Kontynentu majętny wcale nie jest, a jedyne pieniądze, jakie uda mu się uciułać przeznacza na dalekie lub bliższe wyprawy, to pojawia się problem. Rozwiązaniem są długopisy, breloczki, zeszyty i masa innych drobiazgów. Dla Etiopskich uczniów to towar deficytowy. Dla moich pleców, dodatkowy ciężar do dźwigania. Im szybciej sie go pozbędę, tym będzie mi lżej, albo zrobię miejsce na pamiątki z wyprawy.
Handel wymienny to tutaj normalna rzecz. Nieraz można kupić jakiś fajny, lokalny wyrób w zamian za skarpetki albo koszulkę. Może być nawet ta, którą obecnie ma się na sobie. Paniom jednak takiego rozwiązania nie polecam, jeśli nie chcą wędrować z wianuszkiem gwiżdżących adoratorów za sobą.
- Ferendżi, hej ferendżi! - macha do mnie ręką jakiś tutejszy.
Ferendżi, to słowo, którym Etiopczycy nazywają przybyszy o białym kolorze skóry. To nic obraźliwego. Zwykła nazwa. A skąd się on wzięła w języku potomków królowej Saby? Według ekspertów, którzy posługują się tym określeniem od lat, a krócej mowiąć tubylców, słowo pochodzi od angielskiego rzeczownika "French" czyli Francuz. Po przekształeceniu go na miesjcowe dialekty powstało określenie ferendżi, frendżi, felendżi i tym podobne. Bo biały czlowiek, to biały człowiek. Francuz, Niemiec, Polak, Hiszpan. Nieważne. Ważne, że jego skóra jest biała.
- Ju, ju! - nie daje za wygraną miejscowy, kiedy nie reaguję na poprzednie nawoływania.
"Ju", to też popularne zawołanie na obcokrajowców. Dla mnie dużo mniej przyjemne niż ferendżi. Geneza, jak łatwo się domyślić, sięga angielskiego "you" czyli ty. Jeśli w Polsce zawoła się do kogoś "Ej ty, chono tu.", jest bardzo prawdopodobne, że wołany nie zareaguje. Pomyśli sobie "A niech se woła. Nigdzie nie idę. Nie będzie mnie tu palcem wytykał". W Afryce działa to tak samo. Nic przyjemnego. Niestety w zwyczajach miejscowych dzieciaków utarło się, że podbiegają do przybysza, co odważniejsze ciągną go na przykład za koszulkę i krzyczą "Ej, ju. Ju. Give mi something", co oznacza "Ej ty. Ty. Daj mi coś."
Na pytanie białasa: "A niby dlaczego mam ci coś dać?" mały cwaniak z rozbrajającą szczerością potrafi odpowiedzieć: "A czemu nie?"
No tak. Czemu nie? W mentalności większości Etiopczyków, osoba bladolica jest synonimem bogactwa. Skoro go stać, żeby tu przyjechać, skoro ma czyste ubranie i to nie jedno, a kilka na zmianę, skoro ma taki duży plecak, skoro je w restauracjach (jakkolwiek by one nie wyglądały), skoro jeździ samochodem, skoro ma okulary przeciwsłoneczne, jednym zdaniem skoro stać go na tyle niepotrzebnych rzeczy to pewnie nie ma co zrobić z pieniędzmi. Ale ja - myśli sobie Afrykańczyk - mogę zdjąć z niego ten ciężar i zabrać mu trochę pieniędzy. On nie zbiednieje, a mi się przyda.
Europejczyk to dla Etiopczyka chodząca kopalnia złota i to dość bezpiecznia, bo nie trzeba do niej zjeżdżać windą.
Jeśli jednak ów nieborak ze Starego Kontynentu majętny wcale nie jest, a jedyne pieniądze, jakie uda mu się uciułać przeznacza na dalekie lub bliższe wyprawy, to pojawia się problem. Rozwiązaniem są długopisy, breloczki, zeszyty i masa innych drobiazgów. Dla Etiopskich uczniów to towar deficytowy. Dla moich pleców, dodatkowy ciężar do dźwigania. Im szybciej sie go pozbędę, tym będzie mi lżej, albo zrobię miejsce na pamiątki z wyprawy.
Handel wymienny to tutaj normalna rzecz. Nieraz można kupić jakiś fajny, lokalny wyrób w zamian za skarpetki albo koszulkę. Może być nawet ta, którą obecnie ma się na sobie. Paniom jednak takiego rozwiązania nie polecam, jeśli nie chcą wędrować z wianuszkiem gwiżdżących adoratorów za sobą.