Po kolejnych kilku godzianch jazdy zaczynam mieć problem ze słuchem. W glowie ciągle coś mi dudni i nie mogą zrozumieć zrozumieć słów Renaty. Próbuję odczytać z ruchu jej warg, ale w tej sztuce jestem kiepska. Co gorsza, zauważam, że inni też nie za bardzo orientują się w tym co się do nich mówi. Etiopska Aretha Franklin ma nas na sumieniu. Jej śpiew spowodował niedosłuch u piątki białasów. Syum słyszy doskonale, za to mało mówi. Widocznie magiczny śpiew diwy powoduje u Europejczyków niedosłuch, u Afrykańczyków zaś odjęcie mowy.
Milczący i głusi docieramy wreszcie do ostatniego postoju przed Turmi. To też ostatnia szanasa, żeby coś zjeść. Jest tu mała restauracyjka, w której podobno świetnie karmią. Tak przynajmniej uważa nasz kierowca. Na parkingu, który bardziej przypomina złomowisko stoją ogromne tiry, ze dwa autobusy i nasza machina, która niknie wśród swoich potężnych sąsiadów. Parę kroków dalej widać trzy chaty bez ścian, pokryte strzechą i otoczone drewnianym płotkiem. Na czarnej tablicy wiszącej przed jedną z nich wypisano menu: Injera, Spaghetti, Coca-cola, Mirinda... Dalej nie widzę, bo jest zamazane. Oto najlepsza w mieście restauracja. Skoro tak, trzeba spróbować jej sepecjałów. Wchodzimy więc do środka. Wewnątrz surowy styl afrykańskiego modernizmu. Pięć stołów a la szkolne ławki i współgrające z nimi kolorystycznie siedziska w nowoczesnej, minimalistycznej, rzec można nawet mikroskopijnej deski afrykańskiej. Wszystkiego dopełnia wystrój stołów. Przezroczyste szklanki-musztardówki wygladające na niedomyte i kilka plam na blacie wywołują u gości skojarzenie z ciepłem rodzinnego domu. W tle subtelnie łomocze muzyka lecąca z szafy grającej firmy Stare Rozklekotane Radio. W progu wita nas gospodyni. W jej wzroku dostrzec można złość matki, której dziecko spóźniło się na obiad i musi teraz jeść zimny. Big mama możnaby rzec. Mijamy ją spuszczając w pokorze głowy, jak dzieciaki, które coś przeskrobały i zajmujemu najmniej lepiący się stół. Zastanwiam się, czy do mycia naczyń używają tu płynu i wody. A może języka?
"Co podać?" - zwraca się do nas chudy osobnik, chyba tutejszy kelner. Słowo to wyjątkowo nie pasuje do okliczności.
"A co macie?" - pytam
"Spaghetti i injerę." - rzuca od niechcenia.
Czuję, że mam straszliwą ochotę najeść się czegoś europejskiego. Tak jak cała nasza paczka wybieram spaghetti. Ale będzie uczta. Do tego trochę niezdrowej amerykańszczyzny w postaci Coca-coli, która jest jedynym towarem dostępnym w każdym zakątku kraju. Ślinka mi cieknie na myśl o czekającej mnie wyżerce.
Milczący i głusi docieramy wreszcie do ostatniego postoju przed Turmi. To też ostatnia szanasa, żeby coś zjeść. Jest tu mała restauracyjka, w której podobno świetnie karmią. Tak przynajmniej uważa nasz kierowca. Na parkingu, który bardziej przypomina złomowisko stoją ogromne tiry, ze dwa autobusy i nasza machina, która niknie wśród swoich potężnych sąsiadów. Parę kroków dalej widać trzy chaty bez ścian, pokryte strzechą i otoczone drewnianym płotkiem. Na czarnej tablicy wiszącej przed jedną z nich wypisano menu: Injera, Spaghetti, Coca-cola, Mirinda... Dalej nie widzę, bo jest zamazane. Oto najlepsza w mieście restauracja. Skoro tak, trzeba spróbować jej sepecjałów. Wchodzimy więc do środka. Wewnątrz surowy styl afrykańskiego modernizmu. Pięć stołów a la szkolne ławki i współgrające z nimi kolorystycznie siedziska w nowoczesnej, minimalistycznej, rzec można nawet mikroskopijnej deski afrykańskiej. Wszystkiego dopełnia wystrój stołów. Przezroczyste szklanki-musztardówki wygladające na niedomyte i kilka plam na blacie wywołują u gości skojarzenie z ciepłem rodzinnego domu. W tle subtelnie łomocze muzyka lecąca z szafy grającej firmy Stare Rozklekotane Radio. W progu wita nas gospodyni. W jej wzroku dostrzec można złość matki, której dziecko spóźniło się na obiad i musi teraz jeść zimny. Big mama możnaby rzec. Mijamy ją spuszczając w pokorze głowy, jak dzieciaki, które coś przeskrobały i zajmujemu najmniej lepiący się stół. Zastanwiam się, czy do mycia naczyń używają tu płynu i wody. A może języka?
"Co podać?" - zwraca się do nas chudy osobnik, chyba tutejszy kelner. Słowo to wyjątkowo nie pasuje do okliczności.
"A co macie?" - pytam
"Spaghetti i injerę." - rzuca od niechcenia.
Czuję, że mam straszliwą ochotę najeść się czegoś europejskiego. Tak jak cała nasza paczka wybieram spaghetti. Ale będzie uczta. Do tego trochę niezdrowej amerykańszczyzny w postaci Coca-coli, która jest jedynym towarem dostępnym w każdym zakątku kraju. Ślinka mi cieknie na myśl o czekającej mnie wyżerce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz