wtorek, 28 kwietnia 2009


W południowej Etiopii każda większa miejscowość ma swój osobny dzień targowy, albo nawet dwa. I tak na przykład w mieście Konso wypada on w czwartki, we wtorki i soboty w Jince, w poniedziałki w Turmi, a w niedziele w Weyto. Amatorzy zakupów codziennie mogą znaleźć inne miejsce w którym będą mogli oddać się rozkoszy kupowania. A jest w czym wybierać, bo asortyment bogaty. Miejsca targowe przyciągają bowiem sprzedawców i kupców z całej Doliny Rzeki Omo. Jest to miejsce pojednania wszystkich plemion zamieszkujących te tereny. Spory zanikają, bo ludność dopada zakupowa gorączka. Każde plemię ma jakiś swój unikatowy produkt, którego wytwórstwem się zajmuje i żaden inny szczep nie może im w tym przeszkadzać. Karo trudni się wyrobem glinianych garnków. Mimo iż ludność ta w zwyczajach, mowie i zachowaniu przypomina Hamerów, to jedank tylko potomkowie Karo mogą lepić garnki, a Hamerowie muszą je od nich kupować. Buni z kolei zbierają miód, którym z powodzeniem potem handlują. Słodki smakołyk jest tu rarytasem, szczególnie wśród mężczyzn, którzy mogą zrobić z niego tedż czyli miodową nalewkę w wersji african. Lud Dozrze za to trudni się wyrabianiem kolorowych, bawełnianych tog o nazwie "shamma". To prawdziwi rzemiślnicy. W ramach równoupranienia dzielą się krawickimi obowiązkami i tak przędzeniem zajmują się panie, panowie zaś to najlepsi tkacze w kraju.
Warzywa, przyprawy, mleko, masło, kawa, drewniane poduszki, bransoletki, skóry kozie przyozdobione muszelkami, kozy, krowy, mydło, powidło i wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Oto co można dostać na etiopskim targu w Dolinie Rzeki Omo. Jest tylko jeden warunek. Trzeba przyjść z samego rana, kto zaśpi i zjawi się po połuniu, ten nie ma już czego szukać. No, może oprócz kozich bobków walających się po całym placu targowym. No ale może komuś są potrzebne... Na nawóz na przykład...Albo po coś...
Koło naszej "pięciogwiazdkowej, czatowej restauracji" co chwila przechodzą kolorowo ubrani ludzie. Niby ten sam naród, a jednak każdy wygląda inaczej. Różnią się strojami, fryzurami, a nawet ozdobami. Skąd taka mieszanka? I w ogóle skąd ich tyle?
Ludzie w Afryce zawsze gdzieś wędrują. Nie zważając na porę przemierzają dziesiątki kilometrów. Nie ważne czy jest ranek, popołudnie, wieczór, czy nawet noc. Zawsze znajdzie się ktoś, kto gdzieś idzie... Niby normalka, ale żeby szło ich aż tyle? No dzisiaj to już biją rekordy. Korzeniowski miałby spory problem w dorównaniu im.
- Czy tu zawsze jest taki ruch? - zagaduję przeżuwającego injerę Syuma.
- Nie. - odburkuje pochłonięty konsumowaniem placka.
Wrodzona ciekawość godna Shrlocka Holmes'a nie pozwala mi zadowolić się tą namiastką odpowiedzi. Zadaję więc kolejne bystre pytanie:
- A dlaczego dzisiaj są tu taki tłumy?
- Bo jest targ. - odpowiada, rozdrażniony faktem, że ktoś przeszkadza mu w jedzeniu.
- Targ? - podskakujemy wszyscy na mikroskopijnej ławce w stylu "african knajpkan". - A gdzie?
- O tam. - wskazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Syum, chcielibyśmy to zobaczyć. Przedłużymy nasz postój tu co? - Błagalnym wzrokiem patrzymy na naszego kierowco-kucharza.
- Dobra. - odpowiada od niechcenia. - Ja tu poczekam i zjem.
Niby się tym nie przejął, niby taki spokojny, a ja i tak wiem, że w środku aż skacze z radości, że będzie mógł w spokoju dokończyć swoją injerę.

sobota, 25 kwietnia 2009


Wróćmy jednak do mojej wędrówki poszukiwaniu ustronnego miejsca. Widząc, że nie reaguję na "jujanie", wołający mnie mężczyzna podbiega do mnie i machając rękami wykrzykuje:
- Nie możesz tam iść! Wracaj!
- Co jest? - zastanawiam się zdezorientowana. - Czy oni myślą, że Białasy nie potrzebują czasem zrobić siku? A może złamałam jakieś tutejsze tabu? Żeby tylko z tego nie było jakiejś afery...
- Ferendżi zis łej. - chwyta mnie za ramię i wskazuje kierunek w którym mam pójść.
- Ale ja chcę do toalety. Toilet. Rozumiesz mnie? - głośno i wyraźnie powtarzam ściagającemu mnie Etiopczykowi.
- Ju not goł der. Ju goł der. - nie daje za wygraną nowy znajomy.
- Ale ja chcę goł der. Siku siku. Anderstend? Toliet, tiolet. Fast fast. Coca-cola.
- Yes. Fast fast. Ju goł der. Toliet.
Chyba nie mam wyjścia i muszę pójść za moim prześladowcą. Po krótkiej wędrówce zosatję doprowadzona do blaszanej wygódki przeznaczonej, o zgrozo, tylko dla ludzi o białym kolorze skóry! Standard jej jest lepszy niż, tej do której pierwotnie się wybierałam. Zamiast dziury jest porcelanowa muszla klozetowa. Co prawda trochę wybrakowana, ale co porcelana to porcelana. Do tego blaszane drzwi z zamknięciem w postaci malutkiej kłódeczki przymocowanej od zewnątrz, którą mocniejszym szarpnięciem z powodzeniem można otworzyć. Standardy europejskie w afrykańskim wydaniu.
- Ferendżi only. - mówi Etiopczyk, wyraźnie zadowolony, że spelnił misję nie dopuszczenia Białaski do kontaktu z miejscowymi.
Ja za to zadwolona nie jestem. Zastanawiam się, czy jest jakiś kraj na świecie gdzie nie ma podziałów ze względu na kolor skóry. Wkurza mnie fakt, że nawet tu dotarli ludzie, którzy chcąc pokazać swoją wyższość nauczyli tutejszych, że czarne jest czarne a białe jest białe i pod żadnym pozorem nie można tego łączyć. Zła jestem też na mieszkańców, że swoim zachowaniem pokazują, że akceptują narzucone im reguły postępowania. Ja jednak akceptować tego nie zamierzam. Następnym razem idę tam, gdzie miejscowi.