wtorek, 28 kwietnia 2009

Koło naszej "pięciogwiazdkowej, czatowej restauracji" co chwila przechodzą kolorowo ubrani ludzie. Niby ten sam naród, a jednak każdy wygląda inaczej. Różnią się strojami, fryzurami, a nawet ozdobami. Skąd taka mieszanka? I w ogóle skąd ich tyle?
Ludzie w Afryce zawsze gdzieś wędrują. Nie zważając na porę przemierzają dziesiątki kilometrów. Nie ważne czy jest ranek, popołudnie, wieczór, czy nawet noc. Zawsze znajdzie się ktoś, kto gdzieś idzie... Niby normalka, ale żeby szło ich aż tyle? No dzisiaj to już biją rekordy. Korzeniowski miałby spory problem w dorównaniu im.
- Czy tu zawsze jest taki ruch? - zagaduję przeżuwającego injerę Syuma.
- Nie. - odburkuje pochłonięty konsumowaniem placka.
Wrodzona ciekawość godna Shrlocka Holmes'a nie pozwala mi zadowolić się tą namiastką odpowiedzi. Zadaję więc kolejne bystre pytanie:
- A dlaczego dzisiaj są tu taki tłumy?
- Bo jest targ. - odpowiada, rozdrażniony faktem, że ktoś przeszkadza mu w jedzeniu.
- Targ? - podskakujemy wszyscy na mikroskopijnej ławce w stylu "african knajpkan". - A gdzie?
- O tam. - wskazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Syum, chcielibyśmy to zobaczyć. Przedłużymy nasz postój tu co? - Błagalnym wzrokiem patrzymy na naszego kierowco-kucharza.
- Dobra. - odpowiada od niechcenia. - Ja tu poczekam i zjem.
Niby się tym nie przejął, niby taki spokojny, a ja i tak wiem, że w środku aż skacze z radości, że będzie mógł w spokoju dokończyć swoją injerę.

Brak komentarzy: