czwartek, 29 stycznia 2009


Trzęsiemy się w naszym spasionym autku jak worki kartofli. Wydaje mi się, że mam deja vu. Za oknami podobny krajobraz do wczorajszego. Ludzie i zwierzęta tarasują drogi, Syum trąbi i na dokładkę w tle leci etiopska muzyczka. A właściwie wszystko inne jest tłem dla wdzierającego się w nasze umysły śpiewu Aster Aweke, nazywanej czasem etiopską Arethą Franlkin. Dlaczego? Duch to Święty raczy wiedzieć. Trzeba przyznać, że jej muzyka jest nieco mniej krzykliwa od pozostałych oferowanych na rynku etiopskim, co nie zmienia faktu, że po dwóch godzinach słuchania powoduje otumanienie i dzwoneczki w uszach.
"Yene konjo, yene konjo" dobiega z głośników. Konjo (czytaj kondzio) to znaczy piękny. Etiopiczycy często się tak do nas zwracają. Do nas czyli kobiet, które stanowią większość w naszej polskiej ekipie. Zupełnie nie rozumiem dlaczego prawią nam takie komplementy? Po pierwsze ich kobiety czyli Etiopki to na prawdę piękne istoty. Zgrabne, wysokie, z "przypalaną" cerą w kakaowym kolorze, mogą śmiało konkurować z Wenwzuelkami o tytuł Miss Świata. Wprawdzie Andrzej Rosiewicz już kiedyś śpiewał, że "najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny". Może i witamin mamy pod dostatkiem, ale gracji mogłybyśmy się uczyć od etiopskich kobiet. Zakładając, że mężczyznom w Etiopii znudzily się ich rodaczki i szukają egzotyki z Europy mogę zrozumieć ich zaloty. Nie rozumiem za to czegoś innego. Skoro tak im się podobamy, to dlaczego uchodzimy z Beatą za siostry bliźniaczki? Oprócz koloru włosów i grzywki nie łączy nas nic, a mimo to wciąż jesteśmy mylone. Po wnikiliwych obserwacjach zachowań tubylców dochodzę do wniosku, że blada twarz to blada twarz. Każda wygląda jednakowo. Tak samo jak ja nie potrafię odróżnić dwóch klaczy maści karej, tak większość Etiopczyków nie jest w stanie odróżnić dwóch Polek maści białej. A ich komplementy są oznaką wrodzonej kokieterii.

poniedziałek, 19 stycznia 2009




Dawno, dawno temu był sobie Wielki Ląd. Nie miał przyjacioł i czuł się bardzo samotny. Wszystko w jego wnętrzu kipiało z nerwów, ze nie zna nikogo na tym świecie. Ktoregoś razu zestresowany zaczął się trząść, aż wreszcie rozpadł sie na kilka częsci. Z tych części powstały inne, trochę mniejsze Lądy. Wielki Ląd przestał istnieć, a nowe Lądy, nazwały siebie Kontynentami. Musiały nauczyć się żyć razem. Najbardziej zaprzyjaźniły się Europa z Azją stając się prawie nierozlączne. Wzięly pod swoje skrzydła też Afrykę. Ameryki Północna i Poludniowa rownież przypadly sobie do gustu i do dzisiaj trzymaja się za rękę, ktorą nazwały Ameryką Środkową. Największymi odludkami okazaly się Antarktyda i Australia. To typowe Samotniczki. Z czasem Azja zaczęła coraz bardziej lubić Afrykę. A była to przyjaźń zaborcza, bo za wszelką cenę chciała ją przysunąć do siebie. Afryka jednak nie chciała. Zaczęły się szamotać i w ten sposób powstała Wielka Dolina Ryftowa, która biegnie po dziś dzień od gór Taurus w Turcji, poprzez Jordanię, wzdłuż morza Martwego i części Czerwonego, mijając Etiopię, Kenię, Tanzanię poprzestając na Mozambiku.



Kimże jest ta, która poroznila Afrykę z Azją? Przedstawiam Litosferę, panią która tworzy zewnetrzna powłoke Ziemi. Do sympatycznych nie należy. Rzeklabym nawet, ze jest sztywna. Mieszka w kilku piętrowym bloku, a jej sąsiadka z dolnego piętra jest Magma, która kiedy chce przyjść w odwiedziny do Litosfery zaczyna trzeć o jej podloże. Najpierw pojawia się w Litosferze pęknięcie, az w końcu zostaje rozerwana . W miejscu rozerwania powstaje rów zwany Ryftem, który zostaje wypełniony przez sąsiadkę z dołu czyli Magmę. Kilka ryftów tworzy Dolinę Ryftową. W Afryce Wielka Dolina Ryftowa probuje poróznic Afryke z Azją. I tak Azja ciągnie ziemie afrykanskie będące na wschod od doliny do siebie, a Afryka resztę ziem na zachód. Przez ten konflikt kiedyś Czarny Ląd zostanie rozerwany na dwie części, a Wielka Dolina, którą tworzą trzy rowy: Abisyński, Wschodnioafrykański i Zachodnioafrykanski przestanie istnieć, tak jak przestaną istnieć plemiona ją zamieszkujące. Na razie jednak zachwyca swoim pięknem.






piątek, 16 stycznia 2009


Tymczasem w Arba Minch piątka białasów i jeden etiopski kierowco-kucharz po zjedzeniu śniadania pakują bagaże na ekstraszybką terenówę, by za chwilę ruszyć w kierunku Turmi. Po załadowaniu wszystkich gratów (łacznie z gigantyczna walizką Rysia) stwierdzam, ze bedziemy jeachać wypasioną, a właściwie spasioną furą, gdyz nasze autko peka w szwach.
Nie ma na co czekać. Ruszamy wysłuchując skarg własciciela walizy-giganta na temat braku ciepłej wody w prysznicu i tnących w nocy komarach. "Skoroś się człowieku wyperfumował jak nie przymierzając ruska tancerka przed występem, to sie nie dziw, ze cala publika komarzyc zleciała sie oczekując popisów estradowych. Rozczarowane brakiem repertuaru ze złości postanowiły pokąsać niedoszłego artystę." - docinam Rysiowi w myślach. Na głos nie ośmielam się tego wypowiedzieć. Musimy ze sobą wytrzymac jeszcze ponad tydzień, więć lepiej nie draznić bestii.

Komarowy nastrój udziela się wszystkim i postanawiamy zrobić konkurs na to kto ma więcej bąbli. Doliczam się u siebie trzech. Nie jest jeszcze tak źle, chociaz przy duzym pechu wystarczy jedno, zeby sie zarazic malaria. Jestem jednak dobrej mysli. Zwyciezcą okazuje sie Rysio, ale jestem przekonana, ze nawet gdyby cale cialo miał pokąsane przez komarzyce, to zadna z nich nie była nosicielka zarodźca zimnicy. Skad to wiem? Jak to mówią: "Złego diabli nie biorą" ;-).

czwartek, 15 stycznia 2009


W Turni zaczyna świtać. Wszystko budzi się do życia. Muga pospałby jeszcze, ale mama przypomina mu, że dziś pomagają naprawiać dach sąsiada. Jest pora deszczowa i trzeba nakryć chatę płócienną matą. W porze suchej wystarczy strzecha, ale teraz kapałoby na głowę, dlatego trzeba wzmocnić konstrukcję. Chłopiec nie prostestuje, bo wie, że po pracy całą wioskę czeka uczta. Gospodarz naprawianego domu zarżnie a potem upiecze kozę. Postawi tez sfermentowane piwo. W społeczności Hamerów wszyscy żyją jak jedna rodzina. Chatki poustawiane są dookoła wioski tworząc koło. Podczas budowania nowej osady najpierw stawia się domy, w których będą spały kobiety i dzieci, a potem na około nich mieszkańcy stawiają ogrodzenie, żeby żadne dzikie zwierzę nie dostało się do środka. Żywy skansen. Domy powstają w ten sposób, ze wbija się w ziemię giętkie żerdzie jedna obok drugiej, tak że tworzą okrąg. Górne części tych badyli nagina się i związuje wszystkie razem. Jeszcze tylko dach w postaci strzechy albo płóciennej maty i mieszkanko dla pani Hamerowej i jej potomstwa jest gotowe. Pan Hamer nie śpi z żoną. Zabiera starszych synów i z resztą męskiej części klanu oraz całym żywym inwentarzem wioski w postaci kóz, krów a nawet czasami wielbłądów śpi na środku głównego placu. Ciekawe czy bardziej kocha swoją połowicę, czy trzodę?

środa, 14 stycznia 2009


Noc afrykańska jest zupełnie inna od polskiej. Cicha, parna i bardzo ciemna. Duszne powietrze powoduje, ze trudno jest usnąć. Człowiek poci się i przewraca z boku na bok, ale sen przychodzi dopiero po kilkudziesięciu minutach. W oknach domku w którym mieszkam są zainstalowane siatki w razie gdyby jakiś nieproszony owad zapragnął przyjść do mnie w nocy z gościną. Szkoda tylko, że drzwi wychodzące na taras zamykają się na kamień, zosatwiając szparę, która spokojnie mógloby wcisnąc się chude dziecko, a co dopiero komar. Mechanizm kamienia prztrzymującego drzwi balkonowe działa w nieco inny sposób niż wszystkie inne mechanizmy mające za zadanie chronić mieszkańca danego lokum przed nieproszonymi gośćmi. Otóz on chroni wszystkich nieproszonych gości przede mną, bo tylko ja nie mogę wyjśc z domku wprost na taras. Każdy kto znajduje się na tarasie może za to odsunąć kamień i spokojnie otworzyć drzwi. W Afryce wszystko postawione jest na glowie.

Nie zrazając sie taką drobnostką opatulam sie w moskitierę, która chyba ma zabezpieczać przed napadami bąków albo szerszeni, bo dziury w niej są wielkości paznokcia dużego palca u nogi i żaden komar na pewno nie bedzie mial większych trudności, zeby sie przez nią dostac do mojej skóry. No chyba, ze ma zaburzenia blednika. Dziś mi wszytstko jedno. Gaszę latakę i probuje usnąć.

"Bzzzzz, bzzzzz, bzzzzz........." Słysze w uszach nieustanne bzykania, ale kiedy zapalam latarkę ustają. Gdzie się podziałeś Anophelesie? A raczej Anophelesko, bo malrię przenoszą komarzyce z tego gatunku. Fruwają sobie te latawice po świecie i tylko się licytują, która przenosi groźniejszego zarodźca zimnicy ( to taka spolszczona nazwa malarii). Kiedy uda się im dorwać jakąś dwunogą ofiarę z gatunku homo sapiens, to gryzą bez ostrzeżenia zostawiając po sobie swędzący ślad i jednego z zarodźców we krwi. Komarzyce lecą dalej, w poszukiwaniu kolejenej ofiary, a piierwotniaczek, ktorego pozostawiły w krwi homo sapiensa zaczyna dzialać siejąc spustoszenie w ludzkim organiźmie. Na ujawnienie się potrzeba mu od siedmiu do pięćdziesięciu dni. Wtedy człowieka dopadają dreszcze, gorączka, biegunka, nudności... Mogłabym tak długo wyliczać. Nie muszę chyba wspominać, że zbyt poźne poddanie się leczeniu może doprowadzić do śmierci.
No to troche postarszyłam. Aby nie dać się atakom wściekłych komarzyc trzeba się wykąpać. Najlepiej użyc w tym celu mydła niezapachowego, bo Anapheleski uwielbiaja zapach potu i słodkich perfum. Zastanawiam się, czy Rysio szuka sobie jakiejś miłej Pani Komarzycy, bo dziś przy kolacji unosil się nad nim mdlący zapach Kelwina Klejna (nie, nie popelniłam błędu w pisowni). Ja w każdym razie nie szukam, dlatego spryskałam się zapachem "Off nr 5".