środa, 14 stycznia 2009


Noc afrykańska jest zupełnie inna od polskiej. Cicha, parna i bardzo ciemna. Duszne powietrze powoduje, ze trudno jest usnąć. Człowiek poci się i przewraca z boku na bok, ale sen przychodzi dopiero po kilkudziesięciu minutach. W oknach domku w którym mieszkam są zainstalowane siatki w razie gdyby jakiś nieproszony owad zapragnął przyjść do mnie w nocy z gościną. Szkoda tylko, że drzwi wychodzące na taras zamykają się na kamień, zosatwiając szparę, która spokojnie mógloby wcisnąc się chude dziecko, a co dopiero komar. Mechanizm kamienia prztrzymującego drzwi balkonowe działa w nieco inny sposób niż wszystkie inne mechanizmy mające za zadanie chronić mieszkańca danego lokum przed nieproszonymi gośćmi. Otóz on chroni wszystkich nieproszonych gości przede mną, bo tylko ja nie mogę wyjśc z domku wprost na taras. Każdy kto znajduje się na tarasie może za to odsunąć kamień i spokojnie otworzyć drzwi. W Afryce wszystko postawione jest na glowie.

Nie zrazając sie taką drobnostką opatulam sie w moskitierę, która chyba ma zabezpieczać przed napadami bąków albo szerszeni, bo dziury w niej są wielkości paznokcia dużego palca u nogi i żaden komar na pewno nie bedzie mial większych trudności, zeby sie przez nią dostac do mojej skóry. No chyba, ze ma zaburzenia blednika. Dziś mi wszytstko jedno. Gaszę latakę i probuje usnąć.

"Bzzzzz, bzzzzz, bzzzzz........." Słysze w uszach nieustanne bzykania, ale kiedy zapalam latarkę ustają. Gdzie się podziałeś Anophelesie? A raczej Anophelesko, bo malrię przenoszą komarzyce z tego gatunku. Fruwają sobie te latawice po świecie i tylko się licytują, która przenosi groźniejszego zarodźca zimnicy ( to taka spolszczona nazwa malarii). Kiedy uda się im dorwać jakąś dwunogą ofiarę z gatunku homo sapiens, to gryzą bez ostrzeżenia zostawiając po sobie swędzący ślad i jednego z zarodźców we krwi. Komarzyce lecą dalej, w poszukiwaniu kolejenej ofiary, a piierwotniaczek, ktorego pozostawiły w krwi homo sapiensa zaczyna dzialać siejąc spustoszenie w ludzkim organiźmie. Na ujawnienie się potrzeba mu od siedmiu do pięćdziesięciu dni. Wtedy człowieka dopadają dreszcze, gorączka, biegunka, nudności... Mogłabym tak długo wyliczać. Nie muszę chyba wspominać, że zbyt poźne poddanie się leczeniu może doprowadzić do śmierci.
No to troche postarszyłam. Aby nie dać się atakom wściekłych komarzyc trzeba się wykąpać. Najlepiej użyc w tym celu mydła niezapachowego, bo Anapheleski uwielbiaja zapach potu i słodkich perfum. Zastanawiam się, czy Rysio szuka sobie jakiejś miłej Pani Komarzycy, bo dziś przy kolacji unosil się nad nim mdlący zapach Kelwina Klejna (nie, nie popelniłam błędu w pisowni). Ja w każdym razie nie szukam, dlatego spryskałam się zapachem "Off nr 5".

Brak komentarzy: