czwartek, 1 października 2009

Polecam: Klub Libenter.pl - książki w abonamenciewpisz "KarolinaZdyb" jako konto polecające, a dostaniesz 10 zł zniżki na abonament!http://www.libenter.pl

wtorek, 9 czerwca 2009




Nadszedł wreszcie moment, kiedy Syum musi zdjąć nogę z gazu. Wjechaliśmy na tereny plemienia Arbore. Ale spokojnie. To nie ze względu na atak miejscowych. Po prostu zwykła kontrola drogowa i do tego przepiękny punkt widokowy na cudowną, spaloną słońcem dolinę. Ledwo zgasł silnik a Florian z Rysiem wyskoczyli jak oparzeni i kurcgalopkiem biegną żeby sfotgrafować wszystko co pojawi się na celowniku aparatu.


Reszta załogi delektuje się prawdziwie afrykańskimi krajobrazami. Cisza, spokój...


Tak nam się tylko wydawało, bo nie wiadomo skąd wokół nas pojawili się jacyś mężczyźni w śmiesznych, kolorowych kapelutkach i... mini spódniczkach!


-Chyba trafiliśmy do wioski krasnoludków - myślę sobie ubawiona widokiem szczerzącego do nas zęby pana w osobliwym cylindrze.


Widok na dolinę tak nas zachwycił, że nie zauważyliśmy leżącej po prawej stronie osady.


Obok kapelusznika zaczynają pojawiać się wszędobylskie dzieciaki, a za nimi kobiety (w równie śmiesznych jak kapelusze mężczyzn) fryzurach a la etiopska Kleopatra, czyli splecionych w drobne warkoczyki i przyciętych na długości koniuszków uszu z grzywką skróconą do połowy czoła.


- Chodźmy się bratać z miejscowymi! - wykrzykuję wniebowzięta i już zastanawiam się co tu zrobić, żeby namówic resztę na nocleg w którejś z chatek krasnoloudków w rozmiarze XXL.


Mój zapał szybko mija, bo przy oknie Syuma pojawia się poważny, może nawet trochę mrukowaty, mężczyzna. Z przerażeniem stwierdzam, że ma przewieszony przez ramię karabin. Facet w spódniczce opasanej sznurem naboi, z bronią przewieszoną przez ramię wcale nie wzbudza mojego zaufania. Serce zaczyna walić mi jak oszalałe i z niepokojem rozglądam się za Florianem i Rysiem.


- Gdzie do licha oni są? Jeszcze przed chwilą biegali uzbrojeni w aparaty. Szkoda, że zamiast nich nie mają jakichś pistoletów.


Syum uspakaja, że to rutynowa kontrola i że zaraz dogada się z panami, ale widzę, że on też zaczyna wzrokiem szukać ganiających gdzieś po okolicy chłopaków.


- To może pójdę ich poszukać? - proponuję łamiącym się głosem.


- Może idź. - cieniutkim altem odpowiada Renia.


- No to idę. - jeszcze cieńszym, ledwo słyszalnym szeptem oznajmiam i chwytam za klamkę.


- Bądź ostrożna dziecko! - Mania, niczym matka posyłająca syna (no, w tym akurat wypadku córkę) na wojnę, żegna mnie rzewnym sopranem dramatycznym. Może jeszcze kiedyś będzie nam dane się spotkać...


Wychodzę z samochodu i czuję, że nogi mam jak z waty. Jakimś cudem jednak uruchamiam je i zaczynam poszukiwania.



Gnamy przed siebie jak szaleni wymijając po drodze rozbawione dzieciaki. Nasz kierowco-kucharz ucieka przed deszczem. Gdyby silnie popadało bylibyśmy uziemieni. Dosłownie.
Pora deszczowa w Etiopii trwa od czerwca do września. Wszytkie przewodniki odradzają w tym czasie wyprawy w tamte rejony, bo przy takich warunkach i drogach wiele terenów jest nieprzejezdnych. Wystarczy, że popada godzinę i z powodzeniem można utknąć w błocie. Jeśli szybko pojawi się słońce to pół biedy, bo znaczy to, że za kilka godzin ziemia na tyle obeschnie, że stanie się przejezdna. Gorzej, jeśli pada cały dzień. Można utknąć na amen.

Ludzie żyją tu tak jak im karze natura. Podczas obfitych opadów siedzą w domach i czekają na słońce. Deszcz nie zawsze jest mile widziany. Po wielu miesiącach suszy jest bardzo potrzebny, ale czasami staje się natrętem, który nie chce odejść powodując podtopienia, niekiedy nawet ogromne powodzie. Rujnuje uprawy i uniemożliwia dojazd do wielu miejsc. W Afryce nigdy nie ma niczego wystarczająco. Albo jest czegoś za dużo, albo za mało.

W naszym autku jest zdecydowanie za dużo kilometrów na prędkościomierzu i za mało ostrożności. Syum jest jednak nieprzejednany. Mimo próśb nie chce zdjąć nogi z gazu, bo bardzo boi się deszczu. Nie mamy wyjścia i musimy mu zaufać. On jeden spośród nas wie co to znaczy utknąć na kilka dni na pustkowiu.


czwartek, 28 maja 2009



Na trasie oprócz autobusu i dwóch ciężarówek nie mijamy żadnych pojazdów. Koparek i betoniarek, które pracują przy budowie "prawieautostrady" nie liczę, chociaż i tych nie ma wiele. Miejsca robót drogowych do złudzenia przypominają mi kamieniołomy. Wypatruję w nich Freda Flinstona, ale widocznie jest na urlopie, albo ma akurat przerwę na obiad i zaszył się w jakiejś jaskiniowej stołówce.


Częściej niż samochody można spotkać ludzi, a najwięcej wśród nich jest dzieci. Widocznie mieszkają w pobliskich wioskach, niedostępnych dla naszego wzroku. Tutejsze dzieciaki to prawdziwe kamikadze. Kiedy tylko zobaczą zbliżający się pojazd wyskakują na środek drogi, kucają w pozycji przyczajonego tygrysa i w ostatniej chwili, kiedy sekundy dzielą ich od rozjechania rozpędzonym autem, uskakują na bok. Wygląda to jak walka torreadora-malucha z bykiem-kierowcą. Walka nerwów. Kto pierwszy ustąpi, bo kierowcy wcale nie są skorzy do zatrzymywania się z powodu jakiegoś dziecka na drodze. Gdy zobaczą taką przeszkodę zaczynają trąbić, przeklinając przy tym pod nosem. Maluch wtedy ma jeszcze większą frajdę i kiedy odskoczy w ostatniej chwili na bok, zaczyna wraz z resztą kolegów podskakiwać do góry i wymachiwać rękami, zadowolony, że rozdrażnił byka.


W przypadku naszego czterokołowca te tańce zwycięzcy trwają krótko, bo kiedy tylko dzieciaki zobaczą w środku blade twarze zaraz zaczynają biec za samochodem krzycząc "Hajlant, hajlnat", licząc, że wyrzucimy im przez okno jakąś plastikową butelkę. Potrafią tak biec przez kilkanaście metrów. W końcu to naród maratończyków. Guzik dostaniecie, nie butelkę. Za takie numery nic wam się nie należy poza solidnym laniem.


- Syum czy ty byś nie mógł przyhamować, kiedy dzieciaki wyskakują na drogę? - pytam rozdygotana po ktorejś już dziś corridzie w wydaniu afrykańskim. - Zaraz rozjedziesz jakieś dziecko.


- Nawet gdybym chciał to i tak nie rozjadę, bo zaraz ucieknie gnojek jeden. Sprałbym jednemu z drugim skórę, tak że popamiętaliby do końca życia. Zabaw im się zachciewa. - odpowiada, a ja widzę pulsującą, małą żyłkę, która pojawiła się na jego skroni. Gdyby nie miał czarnego koloru skóry pewnie za chwilę zrobiłby się czerwony jak burak.


Oprócz kamikadze można też spotkać inny rodzaj dzieci, już nie tak szalonych. Są to Dzieci-Starchy na Wróble. Stoją na wystających na polach, ściętych na wysokość półtora metra, dość szerokich pniach drzew. Ich zadaniem jest odstarszać ptactwo, które tylko czeka, żeby wyskubać ziarno z rosnącego wokół zboża. Potrafią stać tak cały dzień. Wygląda na to, że dobrze się przy tym bawią. Jeden starch komunikuje się z oddalonym o kilka metrów drugim kolegą po fachu za pomocą podskoków, machania rękami i krzyków. Na widok naszego samochodu podskoki stają się częstsze, ręce machają szybciej, a krzyki osiągają natężenie dźwięku równe temu, które wydaje śpiewaczka operowa podczas występu. Mają przy tym jedną ogromną zaletę. Nie wyskoczą nam pod koła.

Na południe od Arba Minch rozpoczęła się budowa asfaltówy, dzięki której łatwo i w miarę przyjemnie można będzie dojechać do najdalej na południe wysuniętych zakątków kraju. Ułatwi to życie miejscowym, ale też turystom, którzy na dojazd do Turmi nie będą musieli już tracić całego dnia, bo dostać się tam będzie można w dwie godziny. Prace budowlane ruszyły. Powoli, bo powoli, ale coś się zaczęło dziać. Z dnia na dzień robotnicy usypują i równają coraz dłuższe odcinki szerokiej na dwa samochody plus małe pobocze jezdni. Zasypują tym samym niektóre kawałki starej drogi. Właśnie w tych miejscach kierowcy mogą wjeżdżać na nową, utwardzoną drogę. Na takich odcinkach można trochę przygazować, nie musząc cały czas wjeżdżać i zjeżdżać z wzniesień. Kiedy jednak stara droga wyłania się z oddali, na tej nowej pojawiają się kamienie zakazu wjazdu. Są zbyt duże i leżą zbyt gęsto, żeby je minąć i mimo, że na choryzoncie nie widać żadnego patrolu policji albo straży miejskiej? ryftowodolinnej? bezkresnej?, trzeba zjechać na wąską dróżkę i już. Jedynymi pojazdami uprzywilejowanymi, które mają prawo poruszania się po szerokiej "prawieautostradzie" są ludzie, ich tobołki i kozy. To właśnie ci wędrowcy gdy tylko zobaczą nasz samochód zaczynają nam machać. Ludzie, nie kozy i tobołki rzecz jasna. Ot zwyczajne pozdrowienie. Mieszkańcy małych miejscowości nie rozumieją dlaczego jeśli, ktoś się nie zna, to nie musi się do siebie odzywać. Kto powiedział, że z obcym nie można się przywitać? A może w samochodzie siedzi ktoś z rodziny, albo ktoś kto zna kogoś z rodziny? Wtedy byłoby niegrzecznie, nie przyznać, że się do niego. Szkoda, że ludzie w Europie nie wychodzą z takiego samego założenia.

Wróćmy do naszej autostrady. Niby się buduje, niby robotnicy coś tam kopią, niby widać, że jest długa i utwardzona. Niby jest a jej nie ma, bo brakuje mi w tej układance jednej rzeczy... Asfaltu.

Może to i lepiej. Aż strach pomyśleć, że kiedy będzie gotowa, tłumy podróżujących zawitają w to miejsce i z dziewiczego, cudownego zakątka zamieni się ono w oblegane przez turystów Machu Picchu albo inne Tadż Mahal. Może robotnicy też nie chcą do tego zbyt szybko dopuścić?




Przed nami najtrudniejsza część trasy. Niby odcinek niewielki, ale drogi jeszcze gorsze niż do tej pory. Nie ma już nawet podziurawionego asfaltu. Syum gna jak szalony. Boi się deszczu. Teraz ziemia jest sucha i jakoś można przejechać, ale w razie deszczu moglibyśmy ugrząść w błocie na amen i żadna pomoc drogowa nie przyjechałaby po nas. Przy ogromnym szczęściu moglibyśmy trafić na jakiś samochód, ale sądząc po dotychczasowej częstotliwości przejazdu pojazdów czterokołowych po tym odcinku, szanse na to wynoszą jakieś 10%. Nie możemy tak ryzykować. Od ostatniego postoju nie widziałam żadnego auta. No może poza jedną ciężarówą, która do góry kołami leżała gdzieś po drodze. Chyba miała dachowanie. Przy takich drogach o wypadek nie trudno.


Góra, dół, góra, dół, zakręt, dół, ostare hamowanie, dalej dół, góra. Głowa, sufit, auu, guz. Teraz pomału, bo przed nami ogromna kałuża. Uff udało się. Nie zaryliśmy się. Znowu góra, dół, zakręt. Czuję się jak martini James'a Bonda. Wstrząśnięte, ale też trochę zmieszane. A ja wcześniej narzekałam, że tyłek mnie boli. Trasa następnego rajdu Dakar powinna przebiegać przez etiopską część Wielkiej Doliny Ryftowej. To jest dopiero jazda bez trzymanki. A właściwie to jednak z trzymanką, bo inaczej powypadalibyśmy wszyscy przez przednią szybę. Z tyłu dobiegają mnie pojękiwania towaryszy podróży, którzy dzielnie odpierają ataki spadających im na głowę plecaków. To pewnie ta wredna walizka Rysia wypycha je, w zemście, że ją tak niemiło potraktowaliśmy, wciskając gdzieś z tyłu.


Po jakimś czasie droga się poprawia. Jest szeroka i równa. Nie wierzę własnym oczom! No to teraz tylko chwila i będziemy na miejscu.


W Afryce nie można być niczego pewnym. Faktycznie mija chiwila i na szerokości drogi pojawiają się rządkiem ułożone kamienie wielkości głowy. Nie ma szans na ich wyminięcie. Syum jednak nie zdejmuje nogi z gazu. Matko, co on robi! Zaraz nam zafunduje wywrotkę! Ja wysiadam!


Nie zdążyłam chwycić za klamkę kiedy autko gwałtownie skręciło w lewo i znaleźliśmy się na trochę niżej położonej drodze, biegnącej równolegle z "autostradą" którą przed chwilą jechaliśmy. Trzeba dodać, że jej niższe położenie było wprost proporcjonlne do jakości. Z klasy Bussiness przez ekonomiczną powróciliśmy do luku bagażowego.




wtorek, 26 maja 2009


- Syum, możemy jechać? - pytamy patrząc na leżącego brzychem do góry na mikroskopijnej drewnianej ławce kierowcę.

- Doooobra. - leniwie odpowiada i powolutku wstaje. Żeby nam tylko nie usnął za kierownicą z tego rozleniwienia. Może niech sobie pożuje czatu? Albo lepiej nie, bo wtedy to już na pewno nie dojedziemy.

Gramolimy się do naszego autka, które po takim odpoczynku nie ma prawa się popsuć. Z tyłu Rysio, Mania i Florian. Biedna Mania musi siedzieć koło wiercącego się na wszystkie strony posiadacza gigantycznej walizki. Ma chyba najgorsze miejsce ze wszystkich. Florian-paparazii siedzi przy oknie. Musi przecież uwiecznić na kliszy, a raczej na karcie pamięci, to co zobaczymy. Mania to rozumie, dlatego poświęca się siedząc w środku i ryzykując wielokrotne oberwanie z Rysiowego łokcia w głowę. Dzielna dziewczyna.

Tył załadowany. Teraz kolej na przód. Po lewej, za kółkiem Syum, obok niego na zmianę Renia i ja. Siedzimy na jednoosobowym fotelu, starając się uniknąć nadziania na skrzynię biegów, która czasem wbija się w żebro. Nie ma co narzekać, bo przez przednią, nieco zabłoconą i przykurzoną szybę rozpościera się widok na... gromadkę dzieciaków. Dwójka z nich usiłuje wsiąść razem z nami do samochodu krzycząc przy tym nieustannie "Hajlant, hajlant! Ju, hajlnat!" przykładając sobie do ust zwiniętą w piąstkę dłoń.

"Highland" to nazwa firmy butelkowanej wody sprzedawanej w tym rejonie. Kupują ją zazwyczaj bogatsi przyjezdni, a najczęściej turyści. Członków plemion nie stać, żeby wydać 3 birry, czyli mniej więcej złotówkę, na butelkę. Oni piją wodę ze studni, a w porze deszczowej zwykłą deszczówkę, dla nas zabójczą, bo zawierającą różne pasożyty. Miejscowi, mimo iż bardziej od nas odporni też mogą się nimi zarazić. Dzieciaki o wychudzonych rączkach i nóżkach, ale za to z wydętymi brzuszkami to częsty widok. Wcale nie są one najedzone. To poprostu oznaka różnych chorób wynikających z niedożywienia.

Faranji boi się pasożytów, dlatego kupuje wodę butelkowaną, upweniając się pięć razy, że jest ona zamknięta fabrycznie. Niekiedy cwani tubylcy wlewają zwykłą deszczówkę do plastikowych butelek i sprzedają, jako "good and healthy mineral water". Dobra i zdrowa woda mineralna? Chyba tylko dla ameby.

A co jeśli zabraknie butelkowanej mineralki? Pozostaje gotwanie albo odkarzające tabletki z jodyną.

Dzieciaki, które próbują władowac się do naszego autka chcą nam zabrać butelki po wodzie. Wykorzystają je potem na tysiąc różnych sposobów. Wszystkie "Highlandy", które porozrzucaliśmy gdzieś pod fotelami samochodu, albo na kokpicie zostały w oka mgnieniu "wymiecione" przez małych złodziejaszków. Dzieci znikły równie szybko jak się pojawiły.

- Co wy robicie? - Syum po raz pierwszy od wyjazdu z Addis podniósł głos. - Nie dawajcie im pustych butelek! W ten sposób uczą się żebrać! Kiedy zobaczą, że się to im opłaca całe życie zmarnują na żebranie, zamiast wziąć się do nauki, albo do uczciwej pracy!

Ale z nas idioci! On ma racę. Postanawiam, że już nigdy nie popełnię takiego błędu. Jeden cukierek, czy butelka nie poprawi ich sytuacji. Będą za to potem oczekiwać od każdego przybysza jakiegoś drobiazgu. W ten sposób rodzi się mit o chodzących, białych kopalniach złota.

Najlepiej więc jest przyjąć zasadę: "Chcesz coś ode mnie? Daj mi coś w zamian. Zapracuj sobie."

Jak? Pokaż mi na przykład gdzie jest poczta w twojej miejscowości. Dostaniesz w zamian butelkę z wodą. A jeśli jeszcze skoczysz do sklepu i mi ją kupisz, reszta zostanie dla ciebie. To chyba uczciwsze rozwiązanie.