wtorek, 26 maja 2009


- Syum, możemy jechać? - pytamy patrząc na leżącego brzychem do góry na mikroskopijnej drewnianej ławce kierowcę.

- Doooobra. - leniwie odpowiada i powolutku wstaje. Żeby nam tylko nie usnął za kierownicą z tego rozleniwienia. Może niech sobie pożuje czatu? Albo lepiej nie, bo wtedy to już na pewno nie dojedziemy.

Gramolimy się do naszego autka, które po takim odpoczynku nie ma prawa się popsuć. Z tyłu Rysio, Mania i Florian. Biedna Mania musi siedzieć koło wiercącego się na wszystkie strony posiadacza gigantycznej walizki. Ma chyba najgorsze miejsce ze wszystkich. Florian-paparazii siedzi przy oknie. Musi przecież uwiecznić na kliszy, a raczej na karcie pamięci, to co zobaczymy. Mania to rozumie, dlatego poświęca się siedząc w środku i ryzykując wielokrotne oberwanie z Rysiowego łokcia w głowę. Dzielna dziewczyna.

Tył załadowany. Teraz kolej na przód. Po lewej, za kółkiem Syum, obok niego na zmianę Renia i ja. Siedzimy na jednoosobowym fotelu, starając się uniknąć nadziania na skrzynię biegów, która czasem wbija się w żebro. Nie ma co narzekać, bo przez przednią, nieco zabłoconą i przykurzoną szybę rozpościera się widok na... gromadkę dzieciaków. Dwójka z nich usiłuje wsiąść razem z nami do samochodu krzycząc przy tym nieustannie "Hajlant, hajlant! Ju, hajlnat!" przykładając sobie do ust zwiniętą w piąstkę dłoń.

"Highland" to nazwa firmy butelkowanej wody sprzedawanej w tym rejonie. Kupują ją zazwyczaj bogatsi przyjezdni, a najczęściej turyści. Członków plemion nie stać, żeby wydać 3 birry, czyli mniej więcej złotówkę, na butelkę. Oni piją wodę ze studni, a w porze deszczowej zwykłą deszczówkę, dla nas zabójczą, bo zawierającą różne pasożyty. Miejscowi, mimo iż bardziej od nas odporni też mogą się nimi zarazić. Dzieciaki o wychudzonych rączkach i nóżkach, ale za to z wydętymi brzuszkami to częsty widok. Wcale nie są one najedzone. To poprostu oznaka różnych chorób wynikających z niedożywienia.

Faranji boi się pasożytów, dlatego kupuje wodę butelkowaną, upweniając się pięć razy, że jest ona zamknięta fabrycznie. Niekiedy cwani tubylcy wlewają zwykłą deszczówkę do plastikowych butelek i sprzedają, jako "good and healthy mineral water". Dobra i zdrowa woda mineralna? Chyba tylko dla ameby.

A co jeśli zabraknie butelkowanej mineralki? Pozostaje gotwanie albo odkarzające tabletki z jodyną.

Dzieciaki, które próbują władowac się do naszego autka chcą nam zabrać butelki po wodzie. Wykorzystają je potem na tysiąc różnych sposobów. Wszystkie "Highlandy", które porozrzucaliśmy gdzieś pod fotelami samochodu, albo na kokpicie zostały w oka mgnieniu "wymiecione" przez małych złodziejaszków. Dzieci znikły równie szybko jak się pojawiły.

- Co wy robicie? - Syum po raz pierwszy od wyjazdu z Addis podniósł głos. - Nie dawajcie im pustych butelek! W ten sposób uczą się żebrać! Kiedy zobaczą, że się to im opłaca całe życie zmarnują na żebranie, zamiast wziąć się do nauki, albo do uczciwej pracy!

Ale z nas idioci! On ma racę. Postanawiam, że już nigdy nie popełnię takiego błędu. Jeden cukierek, czy butelka nie poprawi ich sytuacji. Będą za to potem oczekiwać od każdego przybysza jakiegoś drobiazgu. W ten sposób rodzi się mit o chodzących, białych kopalniach złota.

Najlepiej więc jest przyjąć zasadę: "Chcesz coś ode mnie? Daj mi coś w zamian. Zapracuj sobie."

Jak? Pokaż mi na przykład gdzie jest poczta w twojej miejscowości. Dostaniesz w zamian butelkę z wodą. A jeśli jeszcze skoczysz do sklepu i mi ją kupisz, reszta zostanie dla ciebie. To chyba uczciwsze rozwiązanie.

Brak komentarzy: