Na trasie oprócz autobusu i dwóch ciężarówek nie mijamy żadnych pojazdów. Koparek i betoniarek, które pracują przy budowie "prawieautostrady" nie liczę, chociaż i tych nie ma wiele. Miejsca robót drogowych do złudzenia przypominają mi kamieniołomy. Wypatruję w nich Freda Flinstona, ale widocznie jest na urlopie, albo ma akurat przerwę na obiad i zaszył się w jakiejś jaskiniowej stołówce.
Częściej niż samochody można spotkać ludzi, a najwięcej wśród nich jest dzieci. Widocznie mieszkają w pobliskich wioskach, niedostępnych dla naszego wzroku. Tutejsze dzieciaki to prawdziwe kamikadze. Kiedy tylko zobaczą zbliżający się pojazd wyskakują na środek drogi, kucają w pozycji przyczajonego tygrysa i w ostatniej chwili, kiedy sekundy dzielą ich od rozjechania rozpędzonym autem, uskakują na bok. Wygląda to jak walka torreadora-malucha z bykiem-kierowcą. Walka nerwów. Kto pierwszy ustąpi, bo kierowcy wcale nie są skorzy do zatrzymywania się z powodu jakiegoś dziecka na drodze. Gdy zobaczą taką przeszkodę zaczynają trąbić, przeklinając przy tym pod nosem. Maluch wtedy ma jeszcze większą frajdę i kiedy odskoczy w ostatniej chwili na bok, zaczyna wraz z resztą kolegów podskakiwać do góry i wymachiwać rękami, zadowolony, że rozdrażnił byka.
W przypadku naszego czterokołowca te tańce zwycięzcy trwają krótko, bo kiedy tylko dzieciaki zobaczą w środku blade twarze zaraz zaczynają biec za samochodem krzycząc "Hajlant, hajlnat", licząc, że wyrzucimy im przez okno jakąś plastikową butelkę. Potrafią tak biec przez kilkanaście metrów. W końcu to naród maratończyków. Guzik dostaniecie, nie butelkę. Za takie numery nic wam się nie należy poza solidnym laniem.
- Syum czy ty byś nie mógł przyhamować, kiedy dzieciaki wyskakują na drogę? - pytam rozdygotana po ktorejś już dziś corridzie w wydaniu afrykańskim. - Zaraz rozjedziesz jakieś dziecko.
- Nawet gdybym chciał to i tak nie rozjadę, bo zaraz ucieknie gnojek jeden. Sprałbym jednemu z drugim skórę, tak że popamiętaliby do końca życia. Zabaw im się zachciewa. - odpowiada, a ja widzę pulsującą, małą żyłkę, która pojawiła się na jego skroni. Gdyby nie miał czarnego koloru skóry pewnie za chwilę zrobiłby się czerwony jak burak.
Oprócz kamikadze można też spotkać inny rodzaj dzieci, już nie tak szalonych. Są to Dzieci-Starchy na Wróble. Stoją na wystających na polach, ściętych na wysokość półtora metra, dość szerokich pniach drzew. Ich zadaniem jest odstarszać ptactwo, które tylko czeka, żeby wyskubać ziarno z rosnącego wokół zboża. Potrafią stać tak cały dzień. Wygląda na to, że dobrze się przy tym bawią. Jeden starch komunikuje się z oddalonym o kilka metrów drugim kolegą po fachu za pomocą podskoków, machania rękami i krzyków. Na widok naszego samochodu podskoki stają się częstsze, ręce machają szybciej, a krzyki osiągają natężenie dźwięku równe temu, które wydaje śpiewaczka operowa podczas występu. Mają przy tym jedną ogromną zaletę. Nie wyskoczą nam pod koła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz