Pędzący przewodnik wprowadza nas w samo targowe serce. Jesteśmy jedynymi białymi, dlatego niektórzy patrzą na nas podejrzliwie. Różnorodność oferowanych towarów jest jednak tak duża, że szybko zapominają o nowych przybyszach i całkowicie oddają się targowaniu. Bo targowanie jest tu częścią kupiekiej etykiety. Kto jest dobrze wychowany, ten się targuje. Nie wypada kupić rzeczy za pierwszą usłyszaną od sprzedawcy sumę. Po krótkiej rozmowie spada ona co najmniej o jedną trzecią. Targ to nie tylko miejsce zakupów, ale przede wszystkim miejsce, gdzie można uciąć sobie przyjemną pogawędkę, spotkać znajomych, a czasami nawet się pokłocić. Kto jest zmęczony zakupami udaje się w specjalne miejsce na uboczu, częst zadaszone, gdzie w spokoju może się napić teju (czyt. tedżu).
Prawie każdy naród ma swój trunek-wizytówkę. W Polsce jest nim wódka, na Węgrzech tokaj, w Peru czicza, w Japonii sake, a w Etiopii tej. Biedne i bardzo pracowite etiopskie pszczoły produkują ogromne ilości miodu. Dzięki temu kraj jest największym w Afryce producentem tego przysmaku. Aby robota pszczół nie poszła na marne mieszkańcy postanowili wykorzystać słodki smakołyk do produkcji lokalnego likieru. Pomysł zrodził się dawno temu w I w p.n.e, kiedy na tych terenach powstało królestwo Aksum. Podobno sama królowa Saba raczyła się tym najstarszym na świecie trunkiem. Miód to nie jedyny składnik teju. Trzeba go zmieszać z wodą i gesho (czyt. geszo) czyli przyprawą ze zmielonych liści rosnącego na tym terenie dębopodobnego, ciernistego drzewa o czeronych owocach. Całość zostawia się na długi czas do fermentacji. Czasem dodaje się pomarańcze, banany a nawet kawę. Gotowego napoju można napić się w "tej betach" czyli pijalniach teju. Są to z reguły miejsca przeznaczone tylko dla mężczyzn, chociaż często zdarza się, że właścicielkami takich knajpeczek są kobiety. Tam amatorzy słodkiego nektaru piją go w naczynkach o długich, wąskich szyjkach i szerokich dnach o nazwie berele.
Nie czarujmy się jednak. Takie rarytasy są dostępne w północnej części kraju. Na południu pije się telle czyli sfermentowane piwo warzone z różnych zbóż: tefu, kukurydzy, jęczmienia i innych, które są akurat pod ręką. Obowiązkowo doprawia się to gesho. Proces produkcji jest skomplikowany. W skrócie chodzi o to, żeby wymieszać wszystko z wodą i poddać kilkudniowej fermentacji. Po zabiegu wypić.
Takim napitkiem raczą się kupcy i kupujący na etiopskich targach. Siedzą, piją, dyskutują a w powietrzu unosi się odór do złudzenia przypominający ten z polskich mordowni. Jednym słowem nic przyjemnego. Chyba czas wracać do Syuma, bo panowie z "restauracji" coraz częściej nas zaczepiają.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz