poniedziałek, 29 grudnia 2008


Trzeba sie szybko rozlokować, bo w restauracji czeka na nas przepyszna kolacja. W karcie mnustwo europejskich smakołyków. Do wyboru rozne odmiany kurczaka, ryb i nawet dania wegetarianskie. Są tez zupki, a na deser do wyboru ciasto, albo owoce. Nasz kierowco-kucharz ma dzisiaj wolne.
- Co by tu wybrać kurczaka, a moze rybę? - zastanawiam sie glosno.
- Poproszę kurczaka i zupę warzywną. Do tego sałatkę i na deser ciasto czekoladowe.
- Zaraz zapytam czy jest. - odpowiada drobna, wystraszona kelnerka.
Po dluższym czasie z kuchni wychodzi gruba kobieta i kierując sie do naszego stolika oznajmia, że dzis w menu jest fish coutlet, zupa cebulowa, a salatka juz sie skonczyła. Na deser mozemy za to zjesć owoce z puszki, albo mango. Tylko, że mango własciwie juz nie ma. Zostala tylko porcja dla jednej osoby.
- To ja je wezmę! - wykrzykuje uradowany Rysio.
Skonczyły sie marzenia o krolewskiej uczcie. To jest Afryka.
Zamawiamy kotlety rybne. Dla wszystkich nie starcza, wiec wypada poł porcji na łebka. Nie wiem jakim cudem Rysio dostal cała. Chyba ma jakies chody u kucharza. No nic trzeba szybko zjesc, zapomniec o glodzie i isc spac.
- Chyba przesadzilem z kolacją. Moglem sobie to mango darować. - oznajma objedzony jak dzika świnia Rysio, który po takim posilku ledwo miesci sie w drzwiach swojego domku. Dobrze, ze juz poszedl, bo upieklibysmy go na ruszcie i schrupali jak kurczaka.

czwartek, 18 grudnia 2008


Kiedy docieramy do Arba Minch jest juz całkiem ciemno. Podobno wokoł są liczne zródła, które mozna spotkac w lasach, otaczających okolice miasta. Podobno w poblizu lezą dwa jeziora Abaya i Chamo. Podobno mozna sie tu wybrać na tak zwany Crocodile Market. Podobno znjaduje sie tu jeden z lepszych etiopskich uniwersytetów. Podobno jest to najwieksze miasto południowo-zachodniej Etiopii. Podobno, ale ja nic nie widzę, bo zrobilo sie ciemno jak za przeproszeniem w tylnej czesci ciala czarnoskórej osoby. W głownej części miasta jeszcze co nieco mozna dostrzec, my jednak mijamy wszelkie miejsca zaludnione i kierujemy sie w stronę wybrukowanej, dlugiej ulicy prowadzącej w ciemną otchlań. Jedziemy, jedziemy, jedziemy. Gdzieniegdzie widać "chodzące ubrania". Gdyby nie strój i ogromne galki oczne, mieszkancy całkowicie zlaliby się z noca. Wreszcie dojechalismy do rozstaju. Na lewo strzałka wskazujaca kierunek do hotelu Bekele Mola, w ktorym przed laty zatrzymywał się Kapuściński. My odbijamy w przeciwna stronę. Będziemy spac gdzie indziej.
Dojechaliśmy! Hurra! Ale fajnie! No tak, fajnie to było przez pierwsze pietnaście minut, a potem to juz tylko dlugie czekanie na klucze. Bo będziemy spać w domkach i to w dodatku z tarsami! Po upływie pól godziny wreszczie dogadujemy sie z obslugą. Zrozumieli, ze szukamy noclegu. Dali klucze i kazali iśc za boyami.
No ja cie nie mogę! W takich luksusach to dawno nie byłam! Każdy ma osobny minidomek, do ktorego prowadzi kamienna drużka, a nie żadne ściezki przez zarośla. Malo tego, dojście do kwater jest oswietlone, a na srdoku głownego chodnika jest fontanna! Co prawda bez wody, ale jest. I jeszcze restauracja! Nie musimy wracać do miasta na wyzerke, bo wszystko mamy pod nosem.
Gnamy wiec za chlopakami, ktorzy wzieli plecaki i walizke Rysia. Wlasciwie ja swoje plecaki niose sama. Duzy na plecach, maly na brzuchu, aparat w jedenej rece i butelke z woda w drugiej. Nie przywykłam do takiej obslugi, wiec teraz dziwne mi sie wydalo, ze ktos moze niesc moje rzeczy za mnie. Obladowana jak juczne zwierze biegne za reszta potykając sie o wlasne nogi. Tym bardziej, ze z chwila pojawienia sie domkow oswietlenie sie skonczylo i przy tak kiepskiej widocznosci trudno isc prosto. A moglam dac bagaze boyom. I do tego mam latarke na dnie glownego plecaka. Jeszcze powinnam zacząć robić icha icha i bylaby ze mnie prawdziwa oslica. Glupia i uparta!
No ale nic to, jak mawial pan Wołodyjowski do swojej Basienki, zaraz bedziemy na miejscu. Domki z zewnatrz calkiem calkiem. Z ganeczkiem i jest nawet lamapa. Trochę nieświecąca, ale od czego sa latarki. Boy prowadzi mnie do mojego lokum, otwiera drzwi kluczykiem, bierze ode mnie aparat i wodę, kladzie na stoliku w pokoju i z promiennym usmiechem zaprasza do srodka. Wczołguję sie wiec za nim, postekując rzucam toboły na ogromne łoze i odwzajemniając uśmiech dziękuję. No ale on stoi dalej. No to ja mu znów dziekuję, a on na to, ze należa sie dwa birry (dla niewtajemniczonych birr to etiopska waluta).
- A możesz mi łaskawco powiedziec za co? Myslałam, ze juz wszystko oplacone. - pytam nieśmialo.
- Pomogłem ci niesc bagaz. Za to w recepcji nie zaplacilas.
- Pomogłeś mi nieśc bagaz? Zaraz, ale kiedy? Czy jak cos przeoczyłam? Moze po tym ciezkim dniu mam jakies zaniki pamięci, bo wydaje mi sie, ze sama go tu dotachałam na moich osobistych plecach i brzuchu.
- Na plecach i brzuchu niosłas plecaki, a aparat i wode wniosłem ja - mówi z dumą boy i wyciaga rękę po swoją dolę.
Nie mając sil do walki o swoje prawa wyciagam portfel i postanawiam, ze od dzis moje bagaze beda nosic inni.

sobota, 13 grudnia 2008


W Turni robi się ciemno. Po meczącym dniu mieszkancy wracają do tukuli. Tukule to okrągłe, drewniane, czasem pokryte krowim łajnem chaty. W takim domku mieszka Muga z rodziną. Wlasnie biegnie zziajany na kolację. Trzeba być punktualnie. Jak nie zdążysz, ktos inny zje twoja porcję. Mały Hamer jest bardzo glodny. Po dniu spędzonym na zabawach potrzebuje energii. Kozie mleko mu jej dostarczy.
Muga nie ma rodzeństwa. Jest szczęściarzem, bo rodzice mieli pieniądze na to, zeby kupić mu mundurek i dzięki temu mogł pójść do szkoły. Na zeszyty i plecak juz nie starczyło. Tata Mugi to swiatły czlowiek. Potrafi powiedzieć parę słów po angielsku. Ma poważanie w wiosce, choc niektórzy uważają go za ekstrawanckiego dziwaka, bo posłal syna do szkoly. Hamerowie rzadako pozwalaja dzieciom sie uczyć, mimo ze w Etiopii istnieje obowiązek szkolny. Szkola odciąga od pracy. Szczególnie w czasie żniw liczy się kazda para rak do roboty w polu.
Muga uwielbia szkołe. Nie musi wtedy wypasać bydła, a w czasie dlugiej drogi jest okazja do róznych zabaw. Teraz jednak o tym nie myśli. Są wakacje. Najedzony kładzie się spac. Jutro cieżki dzien. Będzie pomagal budować nowy dom sąsiada.

czwartek, 11 grudnia 2008

Zapada zmrok, a my dalej jedziemy. Głowy bolą od muzyki, karki bolą od gwałtownych hamowań, tyłki bolą od podskakiwań na wertepach i wreszcie nogi bolą po całym dniu bezruchu. Jestem szczęśliwa. To są momenty dla ktorych warto żyć. Podrózując po bezdrozach, z dala od cywilizacji mozna poczuc sie na prawde wolnym. Co z tego, ze cale cialo powyginane jest w roznych kierunkach, a kosci bola od nienaturalnych skrętów konczyn. Co z tego, ze w nagrzanym samochodzie bez klimatyzacji można sie poczuc jak pomidor w szklarni. Co z tego, ze woda, ktora pijemy w czterdzistostopniowym upale zaraz zacznie wrzec. Co z tego, ze nie wiemy kiedy dojedziemy na miejsce. Liczy się chwila. Tu i teraz. Mijamy wioski, których u nas nie znajdzie sie juz nawet w skansenach. Wszedzie widac biede. Dzieciaki w poszarpanych i brudnych ubraniach, czesto bez butów, krzyczą za nami i machają stojąc na poboczach. Przydrozni handlarze próbuja sprzedać to co mają. Wybiegaja na srodek ulicy i prawie wpadaja pod kola, liczac, ze wcisna nam kukurydze, placek, gotowane jajko, czy co tam jeszcze maja. Poniewaz sie sciemnia, strasze dzieci sciagaja bydlo do zagrody. Wszystko tetni zyciem. A kiedy robi sie juz na tyle ciemno, ze nie widac nic w buszu, ludzie schodzą sie do wiosek, siadają przed chatami i debatuja o dzisejszym dniu.
Mimo niedostatku, ludzie tu żyjący potrafia byc szczesliwi i tego szczescia uczę sie od nich. Przestalam sie przejmować, co sie dzieje w kraju. Nie interesuja mnie kolejne afrery z udzialem naszych politykow. Nie martwie sie, ze nie mam samochodu, albo brakuje mi pieniedzy na stol do pokoju. Przeciez to wszystko sie nie liczy. Najwazniejsze jest to szczescie, ktore daja mi podroze i ci ludzie, ktorzy mimo ubóstwa sa cały czas usmiechnieci. Nie wpadają w pulapke czasu. To czas jest dla nich. Nie musza za niczym gonic, no bo po co. Jestem szczesliwa, bo wszystko, co mnie niewoli zostalo daleko.

wtorek, 18 listopada 2008

Po kilku godzinach spędzonych w samochodzie ludzie zazwyczaj nie wytrzymują i dają się porwać w szpony Morfeusza. Głowa zaczyna im ciążyć coraz bardziej, aż w końcu opada calkowicie i zwisa tak dopóki samochód gwałtwonie nie przyhamuje. Co przezorniejsi zajmują miejsca przy oknie, bo przy szybie, z podłożonym pod glowę polarem, swetrem lub innym kawałkiem materiału, mozna całkiem nieźle "wypocząć". Niektórzy jazdę samochodem traktują, jak bujanie się w kolysce. Im wieksze wertepy, tym lepszy sen. Jednak do naszej terenowy, Morfeusz nie chce zawitać. Wydaje mi się, że omija nas szerokim łukiem, a ja mu się wcale nie dziwię, bo Syum trąbi klaksonem z częstotliwością dziesięć razy na minutę i nie pomagają nasze błagania i groźby, ze wyskoczymy z pędzącego samochodu. "Róbta co chceta, ja jadę dalej". Czasem są odcinki trasy, gdzie nie widać żywego ducha. Wtedy nasz kierowca odkręca w magnetofonie glośność na "fula" i aplikuje nam zastrzyk świeckiej muzyki etiopskiej.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę, ktoregoś z etiopskich artystów, pomyślałam , ze to jakieś egipskie "habibi'. Przeciez w Etiopii tez mogą słuchać arabskiej muzyki. Jednak podobne brzmienia zaczęłam spotykać prawie wszędzie. "Jak to? To oni nie maja swoich piosenkarzy, tylko musza słuchać Arabów?" - zastanawiałam się. Kiedy wreszcie zaroweczka w mojej głowie zajarzyła, dotarło do mnie, ze to zadne "habibi" tylko rdzenne wschodnioafrykańskie brzmienia. No ale mogłam się pomylić, bo sa w tej muzyce naleciałości arabskie. Nawet czasem da się usłyszeć trochę akcentów irlandzkich, a wszystko to okraszone jest niepowtarzalnym, afrykańskim, czarnym rytmem. Na początku ta mieszanka była dla mnie nie do "przetrawienia", potem zaczęła mi się nawet podobać, a kiedy wreszcie się w niej zakochałam, Syum zaaplikował nam taką dawkę, ze na nowo przestalam lubic te etiopskie dźwięki.
Niestety teraz jesteśmy na nie skazani. Mam wrazenie, ze stado słoni galopuje przez moją głowę do wodopoju. Łubub, łubub, łubub. Rany! Czy mozna umrzeć z przedawkowania muzyki?
Wreszcie dojezdzamy do stacji benzynowej. Trzeba "doladować" bak, bo to moze byc ostatnie miejsce, gdzie jest paliwo. Syum wysiada z samochodu, a my rzucamy się na magnetofon, zeby wreszcie wyłączyć te ryki. Ups, coś wyskoczyło! Popsułyśmy sprzęt! Super! Nareszcie cisza...
Po wlaniu benzynki w naszą mega szybka terenówę i zalatwieniu kilku innych, ważnych spraw w toalecie mozemy ruszać dalej. W ciszy...
Po paru kilometrach nasz kierowca orientujac sie, ze cos tu nie gra, a konkretnie magnetofon, pyta nas, czy muzyka nam sie nie podobala.
"Alez skad, tylko cos sie popsulo i przestalo grac." - klamiemy bezczelnie.
"Eee, nie ma sie czym przejmowac. Zaraz to naprawie." - z szerokim usmiechem, przystrojonym zoltymi zebami, mowi Syum, po czym wciska na sile klapke, ktora wypadla i wyciaga kasete. Czyzby on mial dosc? Alez skad, to tylko zmiana repertuaru. Tym razem zagra dla nas Bob Marley. Szkoda tylko, ze tak glosno.
Po kolejnej godzinie morderczej jazdy w oparach bardzo glosnej muzyki, droge zagradzaja nam truskawki, a scislej mowiac, dziewczynka z truskawkami. Nie wiedzialam, ze w Afryce tez mozna znalezc ten przysmak. Tylko, ze tutaj to nie jest zaden rarytas, ale pozbawione smaku, soczyste, czerwone, truskawkopodobne cos. Tak to juz bywa z owocami sztucznie wyhodowanymi. Moze i sa ladne, ale wartosci nie maja zadnej. Mimo to, stesknieni polskich smakow, rzucamy sie na nie, jak hieny na padline. Nie tylko my, bo raptem na maske naszej terenowy wsakuje pawian, ktory wyraznie domaga sie poczestunku. Podczas, gdy przerazeni zamykamy szczelnie okna, Syum podaje mu przez uchylona szybe truskawki. A to malpa z tego pawiana! Zaraz nam zezre caly zapas!

http://www.youtube.com/watch?v=VuWFLNa3H3A


czwartek, 13 listopada 2008

Mebratu to znaczy swiatlo. Takie imie dostał, bo rozjasnil swiat rodziców swoimi narodzinami. Mebratu lubi rano wspiąc sie na szczyt wzgorza, na którym lezy jego wioska. Może sie wtedy przyglądac otaczającym ją kamiennym murom, które bronia dostępu intruzom i zblakanemu bydlu. To nie jest jedyny powod. Z wierzchołka może obserwować przychodzącą kazdego ranka nad rzekę Omo Ababę. Jej imię znaczy kwiat. Mebratu chciałby poślubić Ababę, ale wie, ze to niemozliwe. Jest corka szefa wioski , a on tylko zwyklym czlonkiem klanu. Taki mezalians jest niedopuszczalny.
W społeczności plemienia Konso wszystko ma swoje miejsce. Centralnym punktem wsi jest plac. Na nim znajduje sie pogala mugala, czyli symbol szefa. Przywodca klanu to wielka szycha, potomek najstarszych rodzin Konso. Obecny szef jest już dziewiątym z jednego rodu. Wcześniej rządził jego ojciec, a przed nim jego dziadek, pradziadek i tak dalej. Nosi bransoletę, ktora wskazuje, że jest tu najważniejszy. Mieszka samotnie, na skaraju wioski. Rzadko uczestniczy w jej zyciu, bo musi miec spokoj w kontaktach z animistycznym bogiem Moha. Do pomocy ma rade plemienia, ktora niepokoi go tylko w najwazniejszych przypadkach.
Ludzie szanują szefa, bo rozwiązuje spory pokojowo. Taka juz natura tego plemienia. Od pokoleń zajmują się rolnictwem i handlem z sąsiednim ludem Borena. Nie przywykli do walk.
Teraz ludzie w wiosce maja zmartwienie. Wódz jest juz stary i nie ma syna, który go zastąpi. Nie wiedzą kto bedzie nowym szefem.
Mebratu marzy, zeby byc przywodca. Moglby wtedy ozenic sie z Abeba. Wie jednak, ze to niemozliwe. Siedząc na szczycie wzgorza, na ktorym jest polozona jego wioska mysli o jutrzejszym dniu, kiedy stanie sie mezczyzna. Kazdy dorastajacy chlopiec opuszcza swoja chate i spedza noce w miejscu zwanym mora. Jest to pokryty strzecha dwupietrowy dom stojacy w centrum wioski na placu ceremonialnym. Tutaj tez młodzieńcy uczą się od doświadczonych seniorów rodu. Od jutra to bedzie jego sypialnia, az do czasu, kiedy sie ozeni, ale nawet wtedy bedzie musial spedzac tu przynajmniej czesc nocy. Mebrete jest podekscytowany. Czuje sie dorosły i dumny. Z drugiej strony trochę się boi, bo juz nie bedzie mogl przytulic sie do mamy, kiedy przyśni mu się jakiś koszmar.
Ababa odeszla od studni. Pora wracać do domu. Żeby wejśc do swojej chatki Mebratu musi przeczolgać się na kolanach dlugim, drewnianym tunelem. Każdy dom ma taki po to, by w razie napadu, wróg miał ograniczona możliwość ucieczki.
Mama Mebratu jest smutna. Właśnie dowiedziala się, ze szefa posadzono na ulubionym krześle, bo śpi i jest chory. Oznacza to, ze umarl. Zgodnie z tradycja bedzie tak siedzial przez dziewięc lat. Dopiero po upływie tego czasu odbędzie sie jego pogrzeb. Wtedy na placu ceremonialnym obok innych wag postawi sie kolejną, specjalnie dla wodza. Wagi to rzeźby z drewna. Wznosi się je po śmierci wojownikom zasluzonym dla spoleczności Konso. Na środku wyrzeźbiona jest podobizna bohatera. Można go poznac po tym, że ma na głowie khalashe. Postacie z naszyjnikami na piersi to jego zony. Na samym dole rzeźby są jeszcze malutkie figurki ludzi albo zwierząt. To wrogowie, ktorych pokonal wojownik. Oczy wszystkich figur sa zrobione z muszli, albo kawałkow strusich jaj, zęby zaś z kosci kóz. Właśnie taki pomnik postawią wodzowi za dziewięc lat.
Mebrete jest bardzo, bardzo smutny. Nie wie, kto zostanie nowym szefem, ale jego żona na pewno bedzie Ababa. Dla niego zaś starszyzna wybierze kobiete, która moze być całkiem obca. Bedzie na nia skazany do smierci.
Tak moglo wyglądać zycie Syuma gdyby nie wyjechal do Addis. Wszyscy krewni zlożyli sie na bilet. Teraz musi sie im zrewanzować. Nie wie, czy gdyby zostal, zyloby mu sie lepiej. Zdobył szacunek i uznanie w wiosce, ale mieszka z dala od domu w wielkim, brudnym molochu, jakim jest Addis Abeba.

wtorek, 11 listopada 2008


Syum pochodzi z plemienia Konso. Ma dwadzieścia jeden lat. Jest wysoki i gruby. To znaczy gruby, jak na warunki afrykańskie. W Europie bylby przy kości, a w Stanach Zjednoczonych uznaliby, ze ma nienaganną sylwetkę. Tutaj jednak wyrożnia się spośród innych. Ma szczęście, jest kucharzem i nigdy nie chodzi glodny. To przywilej w tym kraju. A pojeśc sobie lubi. Świadczą o tym jego male, żólte, psujące sie ząbki. Skrywa za nimi nieśmiały usmiech. Bo Syum jest bardzo nieśmiały. Ilekroc sie go o cos zapytam, rumieni się jak dwunastoletnia dziewczynka. No więc mało pytam, zeby nie stresowac dodatkowo chłopaka, który musi byc skupiony na jezdni i poruszających się po niej "świętych krowach" w postaci ludzi, kóz i innych krów.
Jedziemy z przodu z Renatą. Ramię w ramię z kierowcą, który spycha nas w kierunku drzwi. Przeszkadzamy mu, bo siedząc we dwie na jednoosbowym siedzeniu blokujemy calkowicie skrzynię biegów, która bądź co bądź, jest ważnym elementem wyposazenia samochodu. Cala nasza uwaga skupiona jest na nie zastawianiu skrzyni biegów. Nie patrzymy wiec na to co sie dzieje na drodze. Może to i lepiej, bo slalom miedzy "przeszkodami" jest tylko dla ludzi o mocnych nerwach.
Po dwóch godzinach takiej jazdy Renia nie wytrzymuje i postanawia dowiedzieć sie troche o czlowieku, w którego rękach spoczywa nasze życie. Cięzkie jest to zadanie, bo nasz kierowca do rozmownych nie należy. Przez 3 godziny jazdy udaje sie nam dowiedzieć, ze pochodzi z plemienia Konso, zamieszkującego południową Etiopię. Dawno już nie mieszka w wiosce rodzinnej. Przeniósł sie teraz do stolicy i mieszka w jakiejś wynajmowanej kanciapie w slumsach. Cała Addis to jeden wielki slums. Sposród skleconych z blachy, prowizorycznych "domów" wylaniają sie gdzieniegdzie budynki rządowe, hotele i rezydencje bogaczy. Kto bogatszy przenosi sie z baraków do blokow, które tylko pozornie wyglądaja nieco lepiej. Ulice Addis sa pełne graciastych aut, które nie poddają sie przepisom ruchu drogowego. Obowiązuje zasada kto silniejszy i głośniejszy, ten ma pierwszeństwo. Klaksony słychać wszędzie.
Mieszkanie w takim miejscu nie nalezy do przyjemności, ale mlodzi tlumnie przyjeżdzają ze swoich małych wiosek w nadziei na znalezienie pracy. Komu sie to uda, staje się glownym zywicielem rodziny mieszkajacej na prowincji. Jest wielka szycha w swojeje wiosce. Kto nie ma tyle szczescia, ten zostaje skazany na zebracze zycie. Do wioski juz nie wroci, bo to dla niego ujma.
Syum jest szczesciarzem, bo kierowca w Etiopii, to świetna fucha. Zawsze ma klientów i moze jeździc po kraju za darmo. Samochod nie jest jego wlasnościa, ale mozliwosc jego uzywania to już wiele. Woli jeździc na południe, bo tam zawsze spotyka znajomych, którzy informują go co slychać u bliskich. Teraz jest przeszczęśliwy, bo w drodze powrotnej zatrzymamy się w jego wiosce.

wtorek, 28 października 2008

No i szukamy. Nasz wypasiony pojazd z napędem na cztery koła teraz ledwo zipie. Całe szczęście da się z niego jeszcze cos wydusić. W ten soposob docieramy do jedynej czynnej stacji w calej Addis. Co za szczęście, jest benzyna!
Miny nam rzedną, kiedy zauważamy niekonczący sie sznurek samochodów, które chca się "pożywić" pysznym pliwkiem. W takiej kolejce postoimy co najmniej do jutra rana. Trzeba coś zrobić... Syum wpadl na pomysł, zeby po prostu się w nią wrąbać. Na chama, bez skrupułów. Nie on pierwszy... Przed nami stoi juz jeden taki, co tez tak pomyślał. I strasznie na nas dymi z rury wydechowej. A ma czym dymic, bo to ciezarówa jest. Afrykanskie samochody nie maja katalizatorow, tłumików, często świateł, czasem okien. W ogóle malo mają. Działaja nierzadko "na mlotek" to znaczy tu sie walnie, tam się walnie i pojedzie. Duża liczba aut osobowych wyglada jakby przed chwilą została odebrana ze zlomowiska. Sformulowania "została odebrana" uzylam nie bez przyczyny. Nie moglam napisać "wyjechala", bo te maszyny zazwyczaj nie są w stanie nigdzie dojechać.
Stoimy w tej "konkurencyjnej" kolejce chyba z piętnaście minut i ani drgniemy. Ciężarówa z przodu nie bardzo ma szansę, żeby się wcisnąć. Nikt jej nie chce przepuścić. Benzyna moze sie przeciez skończyć w kazdej chwili. Za nami zaczyna formowac się coraz dłuższy sznur pojazdów. Wszyscy trąbią, jest potworny halas i smród spalin, a do tego błocko, jakie zostało po porannej ulewie. Nie wyjedziemy stąd nigdy. Zaczynamy z Renatą uśmiechac się do kierowców z wlaściwej kolejki, w nadziei, ze któryś nas przepuści. Oni są jednak nieczuli na nasze wdzięki. No tak, nie jestesmy przeciez długonogimi murzynkami, ze śnieznobiałymi zębami, pięknymi duzymi oczami i jeszcze większą pupą. Nie jesteśmy nawet wysokimi blondynkami z nieskazitelnie białą cerą. Nalezymy do najnizszej kategorii "bialasek", czyli chudych brunetek. Kierowcy widząc nasze promienne uśmiechy odwracają głowy.
Wreszcie znalazł się jeden, który zgodził się nas przepuścić. Zrobił to chyba dla świętego spokoju, zmęczony ciągłym odwracaniem głowy i udawaniem, że nas nie ma. Syum odpala samochód i... nic. Probuje jeszcze raz i jeszcze raz. Znowu nic. Bak jest pusty. Tracimy naszą szansę.
Po dwudziestu minutach wysłuchiwania dobiegających z tylu obelg pod naszym adresem, znajdujemy kolejnego milosiernego, który chce nas wpuścić przed siebie. Nie ma na co czekać. Wyskakujemy z samochodu i zaczynamy go pchać. Cali wypaprani jesteśmy w błocie, ale to nie wazne. Grunt, ze za chwilę nasza terenówka napije się pysznej benzynki. Weźmiemy jeszcze troche na zapas do kanistrów, w razie gdyby po drodze autko zapragnęło drinka.
Hurra! Możemy ruszać! Kierunek południe! Do Arba Minch! Mamy czterogodzinne opóźnienie, ale za to pełny bak.

piątek, 17 października 2008


Mały Muga zaczął dzień o 5 rano. Zjadł marne śniadanie, w postaci miski ugotowanego, rozmemłanego tedżu - afrykańskiego zboża, z którego wypieka się placek o nazwie injera (czyt. indżera). Tylko na taki posiłek stać było jego mamę. Potem pognał na spotkanie z innymi dziećmi z wioski. Byle jak najdalej od okopconej, dusznej chaty bez okien. Muga woli bawić się na dworze. Nawet jeśli jest skwar można znaleźć kawałek cienia i przeczekać najgorsze. Jeśli jest pora deszczowa Muga cieszy się, bo deszcz oznacza chwilę ulgi dla opieczonego słońcem ciała. Teraz dzieci w Turmi mają wakacje, więc bawią się całymi dniami. Są jeszcze za małe, żeby zajmować się sprawami dorosłych. Czasem wypasają bydło, innym razem są "strachami na wróble" w polu. Od wczesnego ranka stoją na wysokich pniach drzew wśród pól i przeganiają ptactwo. Skaczą po tych pniach i wymachują rękami gdy zobaczą przejeżdżający samochód, a to nie zdarza się tutaj często.
Żeby dojechać do Turmi, położonego na południu Etiopii potrzeba dużo samozaparcia i cierpliwości. Ze stolicy kraju Addis Abeby można się tam dostać w ciągu dwóch dni. Niezbędny jest samochód z napędem na cztery koła i spory zapas benzyny. W normalnych warunkach trasę tę można pokonać w ciągu jednego dnia, ale nie może być mowy o normalnych warunkach w Etiopii. Szosa jest podziurawiona jeszcze gorzej niż nasze polskie boczne drogi. Ciągle chodzą po niej ludzie, ale ci przynajmniej usuwają się na bok na dźwięk klaksonu, który jest nieustannie w użyciu. Gorzej jest z bydłem. Ono pcha się pod koła i nie reaguje na nic. W takich warunkach przyspieszyć się nie da, chociaż afrykańscy kierowcy na licznik nie patrzą prawie nigdy. Jazda z nimi powoduje jeszcze większe skoki adrenaliny niz roller coster czy skok na bungee.
Nasz "szofer" nie różni się od innych. Syum, młody, dwudziestoparoletni kierowco-kucharz. Dowiezie na miejsce i jeszcze ugotuje. Mówi, ze jego imię wymawia się tak jak po angielsku "see you". Ma nawet swoja wizytówkę, którą z dumą rozdaje tylko zasłużonym klientom, czyli takim, którzy jeżdzą z nim co najmniej tydzień.
Umówiliśmy się, że przyjedzie po nas z samego rana, z pełnym bakiem i dodatkowymi czterema kanistrami benzyny na dachu, bo po drodze może nie być stacji. Przyjechał z godzinnym opoźnieniem i świecącą kontrolką alarmującą o braku paliwa. Od wczorajszego wieczoru w całej metropolii, jaką jest Addis Abeba nie ma ani kropli benzyny. My mamy dotrzeć do Turmi pojutrze, najdalej za dwa dni. Nie ma szans, zeby zatankować po drodze. Skoro nie można w samej stolicy, im dalej tym jeszcze trudniej. A do tego walizka jednego z członków wyprawy. Nijak nie chce się zmieścić do auta. Oprócz namiotów, materacy, kuchenki gazowej, stolików turystycznych, zapasu jedzenia, garnków, pustych kanistrów i plecaków, jest ta cholerna walizka Rysia, którą najlepiej byłoby wywalić. Zamiast tego wywalamy część rzeczy na dach, a Syum przywiązuje je sznurkiem i przykrywa ogromna płachtą chroniacą przed deszczem. Waliza będzie jechać bezpiecznie w środku, zajmując połowę tyłu.
Po załadowaniu wszystkiego, łącznie z nami samymi, ruszamy w strugach deszczu i z mrugającą kontrolką do... najbliższej stacji benzynowej.
Nie ma benzyny. Szukajcie dalej. - informuje nas młody Etiopczyk.