czwartek, 28 maja 2009



Na trasie oprócz autobusu i dwóch ciężarówek nie mijamy żadnych pojazdów. Koparek i betoniarek, które pracują przy budowie "prawieautostrady" nie liczę, chociaż i tych nie ma wiele. Miejsca robót drogowych do złudzenia przypominają mi kamieniołomy. Wypatruję w nich Freda Flinstona, ale widocznie jest na urlopie, albo ma akurat przerwę na obiad i zaszył się w jakiejś jaskiniowej stołówce.


Częściej niż samochody można spotkać ludzi, a najwięcej wśród nich jest dzieci. Widocznie mieszkają w pobliskich wioskach, niedostępnych dla naszego wzroku. Tutejsze dzieciaki to prawdziwe kamikadze. Kiedy tylko zobaczą zbliżający się pojazd wyskakują na środek drogi, kucają w pozycji przyczajonego tygrysa i w ostatniej chwili, kiedy sekundy dzielą ich od rozjechania rozpędzonym autem, uskakują na bok. Wygląda to jak walka torreadora-malucha z bykiem-kierowcą. Walka nerwów. Kto pierwszy ustąpi, bo kierowcy wcale nie są skorzy do zatrzymywania się z powodu jakiegoś dziecka na drodze. Gdy zobaczą taką przeszkodę zaczynają trąbić, przeklinając przy tym pod nosem. Maluch wtedy ma jeszcze większą frajdę i kiedy odskoczy w ostatniej chwili na bok, zaczyna wraz z resztą kolegów podskakiwać do góry i wymachiwać rękami, zadowolony, że rozdrażnił byka.


W przypadku naszego czterokołowca te tańce zwycięzcy trwają krótko, bo kiedy tylko dzieciaki zobaczą w środku blade twarze zaraz zaczynają biec za samochodem krzycząc "Hajlant, hajlnat", licząc, że wyrzucimy im przez okno jakąś plastikową butelkę. Potrafią tak biec przez kilkanaście metrów. W końcu to naród maratończyków. Guzik dostaniecie, nie butelkę. Za takie numery nic wam się nie należy poza solidnym laniem.


- Syum czy ty byś nie mógł przyhamować, kiedy dzieciaki wyskakują na drogę? - pytam rozdygotana po ktorejś już dziś corridzie w wydaniu afrykańskim. - Zaraz rozjedziesz jakieś dziecko.


- Nawet gdybym chciał to i tak nie rozjadę, bo zaraz ucieknie gnojek jeden. Sprałbym jednemu z drugim skórę, tak że popamiętaliby do końca życia. Zabaw im się zachciewa. - odpowiada, a ja widzę pulsującą, małą żyłkę, która pojawiła się na jego skroni. Gdyby nie miał czarnego koloru skóry pewnie za chwilę zrobiłby się czerwony jak burak.


Oprócz kamikadze można też spotkać inny rodzaj dzieci, już nie tak szalonych. Są to Dzieci-Starchy na Wróble. Stoją na wystających na polach, ściętych na wysokość półtora metra, dość szerokich pniach drzew. Ich zadaniem jest odstarszać ptactwo, które tylko czeka, żeby wyskubać ziarno z rosnącego wokół zboża. Potrafią stać tak cały dzień. Wygląda na to, że dobrze się przy tym bawią. Jeden starch komunikuje się z oddalonym o kilka metrów drugim kolegą po fachu za pomocą podskoków, machania rękami i krzyków. Na widok naszego samochodu podskoki stają się częstsze, ręce machają szybciej, a krzyki osiągają natężenie dźwięku równe temu, które wydaje śpiewaczka operowa podczas występu. Mają przy tym jedną ogromną zaletę. Nie wyskoczą nam pod koła.

Na południe od Arba Minch rozpoczęła się budowa asfaltówy, dzięki której łatwo i w miarę przyjemnie można będzie dojechać do najdalej na południe wysuniętych zakątków kraju. Ułatwi to życie miejscowym, ale też turystom, którzy na dojazd do Turmi nie będą musieli już tracić całego dnia, bo dostać się tam będzie można w dwie godziny. Prace budowlane ruszyły. Powoli, bo powoli, ale coś się zaczęło dziać. Z dnia na dzień robotnicy usypują i równają coraz dłuższe odcinki szerokiej na dwa samochody plus małe pobocze jezdni. Zasypują tym samym niektóre kawałki starej drogi. Właśnie w tych miejscach kierowcy mogą wjeżdżać na nową, utwardzoną drogę. Na takich odcinkach można trochę przygazować, nie musząc cały czas wjeżdżać i zjeżdżać z wzniesień. Kiedy jednak stara droga wyłania się z oddali, na tej nowej pojawiają się kamienie zakazu wjazdu. Są zbyt duże i leżą zbyt gęsto, żeby je minąć i mimo, że na choryzoncie nie widać żadnego patrolu policji albo straży miejskiej? ryftowodolinnej? bezkresnej?, trzeba zjechać na wąską dróżkę i już. Jedynymi pojazdami uprzywilejowanymi, które mają prawo poruszania się po szerokiej "prawieautostradzie" są ludzie, ich tobołki i kozy. To właśnie ci wędrowcy gdy tylko zobaczą nasz samochód zaczynają nam machać. Ludzie, nie kozy i tobołki rzecz jasna. Ot zwyczajne pozdrowienie. Mieszkańcy małych miejscowości nie rozumieją dlaczego jeśli, ktoś się nie zna, to nie musi się do siebie odzywać. Kto powiedział, że z obcym nie można się przywitać? A może w samochodzie siedzi ktoś z rodziny, albo ktoś kto zna kogoś z rodziny? Wtedy byłoby niegrzecznie, nie przyznać, że się do niego. Szkoda, że ludzie w Europie nie wychodzą z takiego samego założenia.

Wróćmy do naszej autostrady. Niby się buduje, niby robotnicy coś tam kopią, niby widać, że jest długa i utwardzona. Niby jest a jej nie ma, bo brakuje mi w tej układance jednej rzeczy... Asfaltu.

Może to i lepiej. Aż strach pomyśleć, że kiedy będzie gotowa, tłumy podróżujących zawitają w to miejsce i z dziewiczego, cudownego zakątka zamieni się ono w oblegane przez turystów Machu Picchu albo inne Tadż Mahal. Może robotnicy też nie chcą do tego zbyt szybko dopuścić?




Przed nami najtrudniejsza część trasy. Niby odcinek niewielki, ale drogi jeszcze gorsze niż do tej pory. Nie ma już nawet podziurawionego asfaltu. Syum gna jak szalony. Boi się deszczu. Teraz ziemia jest sucha i jakoś można przejechać, ale w razie deszczu moglibyśmy ugrząść w błocie na amen i żadna pomoc drogowa nie przyjechałaby po nas. Przy ogromnym szczęściu moglibyśmy trafić na jakiś samochód, ale sądząc po dotychczasowej częstotliwości przejazdu pojazdów czterokołowych po tym odcinku, szanse na to wynoszą jakieś 10%. Nie możemy tak ryzykować. Od ostatniego postoju nie widziałam żadnego auta. No może poza jedną ciężarówą, która do góry kołami leżała gdzieś po drodze. Chyba miała dachowanie. Przy takich drogach o wypadek nie trudno.


Góra, dół, góra, dół, zakręt, dół, ostare hamowanie, dalej dół, góra. Głowa, sufit, auu, guz. Teraz pomału, bo przed nami ogromna kałuża. Uff udało się. Nie zaryliśmy się. Znowu góra, dół, zakręt. Czuję się jak martini James'a Bonda. Wstrząśnięte, ale też trochę zmieszane. A ja wcześniej narzekałam, że tyłek mnie boli. Trasa następnego rajdu Dakar powinna przebiegać przez etiopską część Wielkiej Doliny Ryftowej. To jest dopiero jazda bez trzymanki. A właściwie to jednak z trzymanką, bo inaczej powypadalibyśmy wszyscy przez przednią szybę. Z tyłu dobiegają mnie pojękiwania towaryszy podróży, którzy dzielnie odpierają ataki spadających im na głowę plecaków. To pewnie ta wredna walizka Rysia wypycha je, w zemście, że ją tak niemiło potraktowaliśmy, wciskając gdzieś z tyłu.


Po jakimś czasie droga się poprawia. Jest szeroka i równa. Nie wierzę własnym oczom! No to teraz tylko chwila i będziemy na miejscu.


W Afryce nie można być niczego pewnym. Faktycznie mija chiwila i na szerokości drogi pojawiają się rządkiem ułożone kamienie wielkości głowy. Nie ma szans na ich wyminięcie. Syum jednak nie zdejmuje nogi z gazu. Matko, co on robi! Zaraz nam zafunduje wywrotkę! Ja wysiadam!


Nie zdążyłam chwycić za klamkę kiedy autko gwałtownie skręciło w lewo i znaleźliśmy się na trochę niżej położonej drodze, biegnącej równolegle z "autostradą" którą przed chwilą jechaliśmy. Trzeba dodać, że jej niższe położenie było wprost proporcjonlne do jakości. Z klasy Bussiness przez ekonomiczną powróciliśmy do luku bagażowego.




wtorek, 26 maja 2009


- Syum, możemy jechać? - pytamy patrząc na leżącego brzychem do góry na mikroskopijnej drewnianej ławce kierowcę.

- Doooobra. - leniwie odpowiada i powolutku wstaje. Żeby nam tylko nie usnął za kierownicą z tego rozleniwienia. Może niech sobie pożuje czatu? Albo lepiej nie, bo wtedy to już na pewno nie dojedziemy.

Gramolimy się do naszego autka, które po takim odpoczynku nie ma prawa się popsuć. Z tyłu Rysio, Mania i Florian. Biedna Mania musi siedzieć koło wiercącego się na wszystkie strony posiadacza gigantycznej walizki. Ma chyba najgorsze miejsce ze wszystkich. Florian-paparazii siedzi przy oknie. Musi przecież uwiecznić na kliszy, a raczej na karcie pamięci, to co zobaczymy. Mania to rozumie, dlatego poświęca się siedząc w środku i ryzykując wielokrotne oberwanie z Rysiowego łokcia w głowę. Dzielna dziewczyna.

Tył załadowany. Teraz kolej na przód. Po lewej, za kółkiem Syum, obok niego na zmianę Renia i ja. Siedzimy na jednoosobowym fotelu, starając się uniknąć nadziania na skrzynię biegów, która czasem wbija się w żebro. Nie ma co narzekać, bo przez przednią, nieco zabłoconą i przykurzoną szybę rozpościera się widok na... gromadkę dzieciaków. Dwójka z nich usiłuje wsiąść razem z nami do samochodu krzycząc przy tym nieustannie "Hajlant, hajlant! Ju, hajlnat!" przykładając sobie do ust zwiniętą w piąstkę dłoń.

"Highland" to nazwa firmy butelkowanej wody sprzedawanej w tym rejonie. Kupują ją zazwyczaj bogatsi przyjezdni, a najczęściej turyści. Członków plemion nie stać, żeby wydać 3 birry, czyli mniej więcej złotówkę, na butelkę. Oni piją wodę ze studni, a w porze deszczowej zwykłą deszczówkę, dla nas zabójczą, bo zawierającą różne pasożyty. Miejscowi, mimo iż bardziej od nas odporni też mogą się nimi zarazić. Dzieciaki o wychudzonych rączkach i nóżkach, ale za to z wydętymi brzuszkami to częsty widok. Wcale nie są one najedzone. To poprostu oznaka różnych chorób wynikających z niedożywienia.

Faranji boi się pasożytów, dlatego kupuje wodę butelkowaną, upweniając się pięć razy, że jest ona zamknięta fabrycznie. Niekiedy cwani tubylcy wlewają zwykłą deszczówkę do plastikowych butelek i sprzedają, jako "good and healthy mineral water". Dobra i zdrowa woda mineralna? Chyba tylko dla ameby.

A co jeśli zabraknie butelkowanej mineralki? Pozostaje gotwanie albo odkarzające tabletki z jodyną.

Dzieciaki, które próbują władowac się do naszego autka chcą nam zabrać butelki po wodzie. Wykorzystają je potem na tysiąc różnych sposobów. Wszystkie "Highlandy", które porozrzucaliśmy gdzieś pod fotelami samochodu, albo na kokpicie zostały w oka mgnieniu "wymiecione" przez małych złodziejaszków. Dzieci znikły równie szybko jak się pojawiły.

- Co wy robicie? - Syum po raz pierwszy od wyjazdu z Addis podniósł głos. - Nie dawajcie im pustych butelek! W ten sposób uczą się żebrać! Kiedy zobaczą, że się to im opłaca całe życie zmarnują na żebranie, zamiast wziąć się do nauki, albo do uczciwej pracy!

Ale z nas idioci! On ma racę. Postanawiam, że już nigdy nie popełnię takiego błędu. Jeden cukierek, czy butelka nie poprawi ich sytuacji. Będą za to potem oczekiwać od każdego przybysza jakiegoś drobiazgu. W ten sposób rodzi się mit o chodzących, białych kopalniach złota.

Najlepiej więc jest przyjąć zasadę: "Chcesz coś ode mnie? Daj mi coś w zamian. Zapracuj sobie."

Jak? Pokaż mi na przykład gdzie jest poczta w twojej miejscowości. Dostaniesz w zamian butelkę z wodą. A jeśli jeszcze skoczysz do sklepu i mi ją kupisz, reszta zostanie dla ciebie. To chyba uczciwsze rozwiązanie.

poniedziałek, 25 maja 2009


Pędzący przewodnik wprowadza nas w samo targowe serce. Jesteśmy jedynymi białymi, dlatego niektórzy patrzą na nas podejrzliwie. Różnorodność oferowanych towarów jest jednak tak duża, że szybko zapominają o nowych przybyszach i całkowicie oddają się targowaniu. Bo targowanie jest tu częścią kupiekiej etykiety. Kto jest dobrze wychowany, ten się targuje. Nie wypada kupić rzeczy za pierwszą usłyszaną od sprzedawcy sumę. Po krótkiej rozmowie spada ona co najmniej o jedną trzecią. Targ to nie tylko miejsce zakupów, ale przede wszystkim miejsce, gdzie można uciąć sobie przyjemną pogawędkę, spotkać znajomych, a czasami nawet się pokłocić. Kto jest zmęczony zakupami udaje się w specjalne miejsce na uboczu, częst zadaszone, gdzie w spokoju może się napić teju (czyt. tedżu).



Prawie każdy naród ma swój trunek-wizytówkę. W Polsce jest nim wódka, na Węgrzech tokaj, w Peru czicza, w Japonii sake, a w Etiopii tej. Biedne i bardzo pracowite etiopskie pszczoły produkują ogromne ilości miodu. Dzięki temu kraj jest największym w Afryce producentem tego przysmaku. Aby robota pszczół nie poszła na marne mieszkańcy postanowili wykorzystać słodki smakołyk do produkcji lokalnego likieru. Pomysł zrodził się dawno temu w I w p.n.e, kiedy na tych terenach powstało królestwo Aksum. Podobno sama królowa Saba raczyła się tym najstarszym na świecie trunkiem. Miód to nie jedyny składnik teju. Trzeba go zmieszać z wodą i gesho (czyt. geszo) czyli przyprawą ze zmielonych liści rosnącego na tym terenie dębopodobnego, ciernistego drzewa o czeronych owocach. Całość zostawia się na długi czas do fermentacji. Czasem dodaje się pomarańcze, banany a nawet kawę. Gotowego napoju można napić się w "tej betach" czyli pijalniach teju. Są to z reguły miejsca przeznaczone tylko dla mężczyzn, chociaż często zdarza się, że właścicielkami takich knajpeczek są kobiety. Tam amatorzy słodkiego nektaru piją go w naczynkach o długich, wąskich szyjkach i szerokich dnach o nazwie berele.


Nie czarujmy się jednak. Takie rarytasy są dostępne w północnej części kraju. Na południu pije się telle czyli sfermentowane piwo warzone z różnych zbóż: tefu, kukurydzy, jęczmienia i innych, które są akurat pod ręką. Obowiązkowo doprawia się to gesho. Proces produkcji jest skomplikowany. W skrócie chodzi o to, żeby wymieszać wszystko z wodą i poddać kilkudniowej fermentacji. Po zabiegu wypić.


Takim napitkiem raczą się kupcy i kupujący na etiopskich targach. Siedzą, piją, dyskutują a w powietrzu unosi się odór do złudzenia przypominający ten z polskich mordowni. Jednym słowem nic przyjemnego. Chyba czas wracać do Syuma, bo panowie z "restauracji" coraz częściej nas zaczepiają.



Centralna część miasta, ogromna przstrzeń, zwierzęta, kolorowo ubrani, smukli i wysportowania ludzie. Czyżby przyjechał cyrk? Nie. To po prostu kolejny dzień targowy w jakimś mieście w Etiopii. Ktoś przytachał na plecach górę suchego drewna i teraz chce je sprzedać. Inny liczy, że uda mu się kupić kolorowy koc po okazyjnej cenie. Ktoś ma mąkę, ktoś inny kozy. Wymiana towarów trwa. Bo w Etiopii jeśli ktoś nie ma pieniędzy wymienia to co ma, na to co mu potrzebne.


Jest gorąco, żar leje się z nieba, a w okolicy mało drzew. Nikt przecież nie usytułuje targu w buszu. Na to potrzebna jest otwarta przestrzeń, żeby wszystko było dobrze widać. Nigist siedzi tu od rana, próbując sprzedać mąkę. Wzięła ze sobą kolorowy parasol, który daje jej trochę cienia. Trzyma go dumnie, wyprostowana niczym królowa. Z resztą to właśnie oznacza jej imię. Królowa.


Etiopczycy to prawdziwie królewski naród. Wysocy, smukli, silni. W każdym ich ruchu widać grację i dostojeństwo. Tutaj w spojrzeniu największego żebraka ubranego w najgorsze łachamany można dostrzec jego królewskie pochodzenie. Jest on przecież jednym z potomków króla Salomona.


Kto nie ma parasola przykrywa głowę kalabasami, które mogą służyć też za pojemniki na wodę, krew, mąkę i wiele innych rzeczy. Kalabasa to naczynie, które robi się ze skorupy pewnego owocu z rodziny dyniowatych rosnącego na drzewie, które ma nerkowate, okrągłe liście i białe kwiaty. Sama tykwa jest skorupą. Kiedy owoc dojrzeje jest zielona i okrągła z długą szyjką. Zrywa się ją i moczy dopóki nie stanie się miękka. Wtedy można ją przeciąć, albo ściąć czubek szyjki, wydrążyć miąższ, wysuszyć i naczynie gotowe. Czasem jest dodatkowo szlifowana i ozdabiana. Po tych zabiegach jest gotowa, by przechowywać w niej różne płyny. Tykwa to też świetny materiał do robienia instrumentów, bo nie atakują jej termity.


Tylko w Afryce kapelusz może być jednocześnie filiżanką i talerzem. Ciekawe jakie byłyby reakcje ludzi w Polsce, gdybym któregoś dnia wyszła na ulicę w głębokim talerzu na głowie?

poniedziałek, 11 maja 2009

Pędzimy z moimi towarzyszami podróży (którzy znienacka pojawili się koło mnie) śledząc galopujące nogi natrętnego przewodnika. Chłopaczek prawie biegnie, wcale się przy tym nie męcząc. Bikila Abebe - bosy zdobywca dwóch olimpijskich złotych medali w 1960 i 1964 roku, Haile Gebrsellasie - rekordzista świata w biegu godzinnym, dwukrotny zdobywca złotego medalu oraz jego następca Kenenisa Bekele to tylko niektórzy z etiopskich biegaczy wygrywających maratony. Są znani na całym świecie, a w kraju uważani niemal za bogów. Teraz są wielcy, ale już rośnie nowe pokolenie konkurentów gotowych ich zdetronizować. Bo cała Etiopia biega. Dzieci już od małego zmuszone są wędrować kilka, nieraz kilkanaście kilometrów do szkoły. Potem muszą wrócić z niej szybko do domu, gdzie czekają na nie inne obowiązki. Żeby przyspieszyć, po prostu biegną. Są jak małe Forresty Gumpy. Ich maraton zaczyna się kiedy nauczą się chodzić, a kończy kiedy są już starzy i niedołężni. W pewnym wieku większość chłopców marzy, żeby być jak Abebe i pobijać rekordy. Dlatego ćwiczą. Niektórym udaje się wybić ponad przeciętność, reszcie, dzięki takim treningom, pozostaje świetna kondycja i smukła sylwetka. Ciekawe czy nasz nadgorliwy przyjaciel wystartuje kiedyś w maratonie?

sobota, 9 maja 2009

- Hej mister. Hej. Ju, mister! - rozglądam się dookoła i widzę patrzącego na mnie chłopaczka w wieku mniej więcej ośmiu lat. Pytającym wzrokiem daję mu do zrozumienia, że nie wiem za bardzo o co mu chodzi.
- Mister - powtarza młodzian nie spuszczając ze mnie wzroku. Rozglądam się ponownie i nie widzę nikogo innego, do kogo mógłby się zwracać.
- You taklin' to me? Do mnie mówisz? - pytam niczym Robert de Niro w filmie "Taksówkarz".
- Yes mister. - potwierdza mały. Dwa razy w życiu zostałam pomylona z mężczyzną. Raz w wieku sześciu lat, kiedy ubrana w dżinsową kurtkę po starszym bracie ciotecznym, ze schowanymi pod czapką włosami zostałam nazwana chłopcem przez mamę koleżanki. Drugi zaś nieco później w czasach licealnych kiedy czekając na autobus z włosami obciętymi "na chłopaka" zostałam zaczepiona przez jedną taką babuleńkę, której nie dawał spokoju fakt, że jak na chłopaka mam zbyt dziewczęce rysy twarzy. W celu zaspokojenia ciekawości staruszka owa bez ogródek z grubej rury wypaliła "A ty dziecko to jesteś chłopak, czy dziewczyna?". Niby niwinne zdanie a trauma pozostaje na długo. Od tej pory unikam fryzjerów jak ognia. No tylko, że wtedy te pomyłki były uzasadnione, bo ja na prawdę wyglądałam jak przedstawiciel płci brzydkiej. Ale teraz? Co to dziecko sobie myśli?
- Ale ja nie jestem żaden mister. - wyjaśniłam nieco poirytowana. - Mogę być co najwyżej misterką. Anderstend? Rozumiesz? Nie mister. Noł mister. Lady not mister.
- Yes mister. - odpowiada niezrażony. - You be market?
W żadnym wypadku nie czułam się targiem. Aaa... Mała żaróweczka w mojej głowie nagle zajarzyła. Chyba mu chodzi o to czy idziemy na targ.
Afrykański angielski to bardzo prosty język. Nikt tu nie zastanawia się nad konstrukcją zdań, bo też i rzadko kiedy jest możliwość doskonalenia języka. Ktoś od kogoś usłyszy parę słów w języku Szekspira, doklepie sobie do tego swoją filozofię i wymowę i już umie po angielsku. Zdarza się, że głupi ferendżi nie rozumie co Etiopczyk do niego mówi. Budzi to wśród tubylców oburzenie. "Jak to? To ten Białas nie umie mówić w ojczystym języku? Dziwni ci biali." Jedynym sposobem na zdobycie sympatii, albo przynajmniej na nie wzbudzenie pogardy u miejscowych jest przestawienie się na ich afro-angielski.
- Yes market. - odpowiadam.
- Folow my legs. - mówi nowopoznany.
- Ale po co mam śledzić twoje nogi? - pytam zdziwiona.
- Show you market. Pokarzę ty targ.
- Ale ja nie chcę, żebyś mi pokazywał targ. Sama widzę. Właśnie tam idę i na prawdę dam sobie radę.
- Yes. Folow my legs. - mój towarzysz chyba mnie nie słucha, albo nie rozumie.
- Wiesz co, najlepiej to ty folow swoje legs, ja będę śledzić moje i po prostu się rozejdziemy ok?
- Ok. Come. - szczerzy zęby i macha ręką, żebym poszła w jego kierunku.
No dobra, skoro na prawdę ma taką potrzebę, żeby mnie tam zaprowadzić to niech mu będzie. Ciekawe tylko ile birrów policzy sobie za tą przysługę?