czwartek, 1 października 2009

Polecam: Klub Libenter.pl - książki w abonamenciewpisz "KarolinaZdyb" jako konto polecające, a dostaniesz 10 zł zniżki na abonament!http://www.libenter.pl

wtorek, 9 czerwca 2009




Nadszedł wreszcie moment, kiedy Syum musi zdjąć nogę z gazu. Wjechaliśmy na tereny plemienia Arbore. Ale spokojnie. To nie ze względu na atak miejscowych. Po prostu zwykła kontrola drogowa i do tego przepiękny punkt widokowy na cudowną, spaloną słońcem dolinę. Ledwo zgasł silnik a Florian z Rysiem wyskoczyli jak oparzeni i kurcgalopkiem biegną żeby sfotgrafować wszystko co pojawi się na celowniku aparatu.


Reszta załogi delektuje się prawdziwie afrykańskimi krajobrazami. Cisza, spokój...


Tak nam się tylko wydawało, bo nie wiadomo skąd wokół nas pojawili się jacyś mężczyźni w śmiesznych, kolorowych kapelutkach i... mini spódniczkach!


-Chyba trafiliśmy do wioski krasnoludków - myślę sobie ubawiona widokiem szczerzącego do nas zęby pana w osobliwym cylindrze.


Widok na dolinę tak nas zachwycił, że nie zauważyliśmy leżącej po prawej stronie osady.


Obok kapelusznika zaczynają pojawiać się wszędobylskie dzieciaki, a za nimi kobiety (w równie śmiesznych jak kapelusze mężczyzn) fryzurach a la etiopska Kleopatra, czyli splecionych w drobne warkoczyki i przyciętych na długości koniuszków uszu z grzywką skróconą do połowy czoła.


- Chodźmy się bratać z miejscowymi! - wykrzykuję wniebowzięta i już zastanawiam się co tu zrobić, żeby namówic resztę na nocleg w którejś z chatek krasnoloudków w rozmiarze XXL.


Mój zapał szybko mija, bo przy oknie Syuma pojawia się poważny, może nawet trochę mrukowaty, mężczyzna. Z przerażeniem stwierdzam, że ma przewieszony przez ramię karabin. Facet w spódniczce opasanej sznurem naboi, z bronią przewieszoną przez ramię wcale nie wzbudza mojego zaufania. Serce zaczyna walić mi jak oszalałe i z niepokojem rozglądam się za Florianem i Rysiem.


- Gdzie do licha oni są? Jeszcze przed chwilą biegali uzbrojeni w aparaty. Szkoda, że zamiast nich nie mają jakichś pistoletów.


Syum uspakaja, że to rutynowa kontrola i że zaraz dogada się z panami, ale widzę, że on też zaczyna wzrokiem szukać ganiających gdzieś po okolicy chłopaków.


- To może pójdę ich poszukać? - proponuję łamiącym się głosem.


- Może idź. - cieniutkim altem odpowiada Renia.


- No to idę. - jeszcze cieńszym, ledwo słyszalnym szeptem oznajmiam i chwytam za klamkę.


- Bądź ostrożna dziecko! - Mania, niczym matka posyłająca syna (no, w tym akurat wypadku córkę) na wojnę, żegna mnie rzewnym sopranem dramatycznym. Może jeszcze kiedyś będzie nam dane się spotkać...


Wychodzę z samochodu i czuję, że nogi mam jak z waty. Jakimś cudem jednak uruchamiam je i zaczynam poszukiwania.



Gnamy przed siebie jak szaleni wymijając po drodze rozbawione dzieciaki. Nasz kierowco-kucharz ucieka przed deszczem. Gdyby silnie popadało bylibyśmy uziemieni. Dosłownie.
Pora deszczowa w Etiopii trwa od czerwca do września. Wszytkie przewodniki odradzają w tym czasie wyprawy w tamte rejony, bo przy takich warunkach i drogach wiele terenów jest nieprzejezdnych. Wystarczy, że popada godzinę i z powodzeniem można utknąć w błocie. Jeśli szybko pojawi się słońce to pół biedy, bo znaczy to, że za kilka godzin ziemia na tyle obeschnie, że stanie się przejezdna. Gorzej, jeśli pada cały dzień. Można utknąć na amen.

Ludzie żyją tu tak jak im karze natura. Podczas obfitych opadów siedzą w domach i czekają na słońce. Deszcz nie zawsze jest mile widziany. Po wielu miesiącach suszy jest bardzo potrzebny, ale czasami staje się natrętem, który nie chce odejść powodując podtopienia, niekiedy nawet ogromne powodzie. Rujnuje uprawy i uniemożliwia dojazd do wielu miejsc. W Afryce nigdy nie ma niczego wystarczająco. Albo jest czegoś za dużo, albo za mało.

W naszym autku jest zdecydowanie za dużo kilometrów na prędkościomierzu i za mało ostrożności. Syum jest jednak nieprzejednany. Mimo próśb nie chce zdjąć nogi z gazu, bo bardzo boi się deszczu. Nie mamy wyjścia i musimy mu zaufać. On jeden spośród nas wie co to znaczy utknąć na kilka dni na pustkowiu.


czwartek, 28 maja 2009



Na trasie oprócz autobusu i dwóch ciężarówek nie mijamy żadnych pojazdów. Koparek i betoniarek, które pracują przy budowie "prawieautostrady" nie liczę, chociaż i tych nie ma wiele. Miejsca robót drogowych do złudzenia przypominają mi kamieniołomy. Wypatruję w nich Freda Flinstona, ale widocznie jest na urlopie, albo ma akurat przerwę na obiad i zaszył się w jakiejś jaskiniowej stołówce.


Częściej niż samochody można spotkać ludzi, a najwięcej wśród nich jest dzieci. Widocznie mieszkają w pobliskich wioskach, niedostępnych dla naszego wzroku. Tutejsze dzieciaki to prawdziwe kamikadze. Kiedy tylko zobaczą zbliżający się pojazd wyskakują na środek drogi, kucają w pozycji przyczajonego tygrysa i w ostatniej chwili, kiedy sekundy dzielą ich od rozjechania rozpędzonym autem, uskakują na bok. Wygląda to jak walka torreadora-malucha z bykiem-kierowcą. Walka nerwów. Kto pierwszy ustąpi, bo kierowcy wcale nie są skorzy do zatrzymywania się z powodu jakiegoś dziecka na drodze. Gdy zobaczą taką przeszkodę zaczynają trąbić, przeklinając przy tym pod nosem. Maluch wtedy ma jeszcze większą frajdę i kiedy odskoczy w ostatniej chwili na bok, zaczyna wraz z resztą kolegów podskakiwać do góry i wymachiwać rękami, zadowolony, że rozdrażnił byka.


W przypadku naszego czterokołowca te tańce zwycięzcy trwają krótko, bo kiedy tylko dzieciaki zobaczą w środku blade twarze zaraz zaczynają biec za samochodem krzycząc "Hajlant, hajlnat", licząc, że wyrzucimy im przez okno jakąś plastikową butelkę. Potrafią tak biec przez kilkanaście metrów. W końcu to naród maratończyków. Guzik dostaniecie, nie butelkę. Za takie numery nic wam się nie należy poza solidnym laniem.


- Syum czy ty byś nie mógł przyhamować, kiedy dzieciaki wyskakują na drogę? - pytam rozdygotana po ktorejś już dziś corridzie w wydaniu afrykańskim. - Zaraz rozjedziesz jakieś dziecko.


- Nawet gdybym chciał to i tak nie rozjadę, bo zaraz ucieknie gnojek jeden. Sprałbym jednemu z drugim skórę, tak że popamiętaliby do końca życia. Zabaw im się zachciewa. - odpowiada, a ja widzę pulsującą, małą żyłkę, która pojawiła się na jego skroni. Gdyby nie miał czarnego koloru skóry pewnie za chwilę zrobiłby się czerwony jak burak.


Oprócz kamikadze można też spotkać inny rodzaj dzieci, już nie tak szalonych. Są to Dzieci-Starchy na Wróble. Stoją na wystających na polach, ściętych na wysokość półtora metra, dość szerokich pniach drzew. Ich zadaniem jest odstarszać ptactwo, które tylko czeka, żeby wyskubać ziarno z rosnącego wokół zboża. Potrafią stać tak cały dzień. Wygląda na to, że dobrze się przy tym bawią. Jeden starch komunikuje się z oddalonym o kilka metrów drugim kolegą po fachu za pomocą podskoków, machania rękami i krzyków. Na widok naszego samochodu podskoki stają się częstsze, ręce machają szybciej, a krzyki osiągają natężenie dźwięku równe temu, które wydaje śpiewaczka operowa podczas występu. Mają przy tym jedną ogromną zaletę. Nie wyskoczą nam pod koła.

Na południe od Arba Minch rozpoczęła się budowa asfaltówy, dzięki której łatwo i w miarę przyjemnie można będzie dojechać do najdalej na południe wysuniętych zakątków kraju. Ułatwi to życie miejscowym, ale też turystom, którzy na dojazd do Turmi nie będą musieli już tracić całego dnia, bo dostać się tam będzie można w dwie godziny. Prace budowlane ruszyły. Powoli, bo powoli, ale coś się zaczęło dziać. Z dnia na dzień robotnicy usypują i równają coraz dłuższe odcinki szerokiej na dwa samochody plus małe pobocze jezdni. Zasypują tym samym niektóre kawałki starej drogi. Właśnie w tych miejscach kierowcy mogą wjeżdżać na nową, utwardzoną drogę. Na takich odcinkach można trochę przygazować, nie musząc cały czas wjeżdżać i zjeżdżać z wzniesień. Kiedy jednak stara droga wyłania się z oddali, na tej nowej pojawiają się kamienie zakazu wjazdu. Są zbyt duże i leżą zbyt gęsto, żeby je minąć i mimo, że na choryzoncie nie widać żadnego patrolu policji albo straży miejskiej? ryftowodolinnej? bezkresnej?, trzeba zjechać na wąską dróżkę i już. Jedynymi pojazdami uprzywilejowanymi, które mają prawo poruszania się po szerokiej "prawieautostradzie" są ludzie, ich tobołki i kozy. To właśnie ci wędrowcy gdy tylko zobaczą nasz samochód zaczynają nam machać. Ludzie, nie kozy i tobołki rzecz jasna. Ot zwyczajne pozdrowienie. Mieszkańcy małych miejscowości nie rozumieją dlaczego jeśli, ktoś się nie zna, to nie musi się do siebie odzywać. Kto powiedział, że z obcym nie można się przywitać? A może w samochodzie siedzi ktoś z rodziny, albo ktoś kto zna kogoś z rodziny? Wtedy byłoby niegrzecznie, nie przyznać, że się do niego. Szkoda, że ludzie w Europie nie wychodzą z takiego samego założenia.

Wróćmy do naszej autostrady. Niby się buduje, niby robotnicy coś tam kopią, niby widać, że jest długa i utwardzona. Niby jest a jej nie ma, bo brakuje mi w tej układance jednej rzeczy... Asfaltu.

Może to i lepiej. Aż strach pomyśleć, że kiedy będzie gotowa, tłumy podróżujących zawitają w to miejsce i z dziewiczego, cudownego zakątka zamieni się ono w oblegane przez turystów Machu Picchu albo inne Tadż Mahal. Może robotnicy też nie chcą do tego zbyt szybko dopuścić?




Przed nami najtrudniejsza część trasy. Niby odcinek niewielki, ale drogi jeszcze gorsze niż do tej pory. Nie ma już nawet podziurawionego asfaltu. Syum gna jak szalony. Boi się deszczu. Teraz ziemia jest sucha i jakoś można przejechać, ale w razie deszczu moglibyśmy ugrząść w błocie na amen i żadna pomoc drogowa nie przyjechałaby po nas. Przy ogromnym szczęściu moglibyśmy trafić na jakiś samochód, ale sądząc po dotychczasowej częstotliwości przejazdu pojazdów czterokołowych po tym odcinku, szanse na to wynoszą jakieś 10%. Nie możemy tak ryzykować. Od ostatniego postoju nie widziałam żadnego auta. No może poza jedną ciężarówą, która do góry kołami leżała gdzieś po drodze. Chyba miała dachowanie. Przy takich drogach o wypadek nie trudno.


Góra, dół, góra, dół, zakręt, dół, ostare hamowanie, dalej dół, góra. Głowa, sufit, auu, guz. Teraz pomału, bo przed nami ogromna kałuża. Uff udało się. Nie zaryliśmy się. Znowu góra, dół, zakręt. Czuję się jak martini James'a Bonda. Wstrząśnięte, ale też trochę zmieszane. A ja wcześniej narzekałam, że tyłek mnie boli. Trasa następnego rajdu Dakar powinna przebiegać przez etiopską część Wielkiej Doliny Ryftowej. To jest dopiero jazda bez trzymanki. A właściwie to jednak z trzymanką, bo inaczej powypadalibyśmy wszyscy przez przednią szybę. Z tyłu dobiegają mnie pojękiwania towaryszy podróży, którzy dzielnie odpierają ataki spadających im na głowę plecaków. To pewnie ta wredna walizka Rysia wypycha je, w zemście, że ją tak niemiło potraktowaliśmy, wciskając gdzieś z tyłu.


Po jakimś czasie droga się poprawia. Jest szeroka i równa. Nie wierzę własnym oczom! No to teraz tylko chwila i będziemy na miejscu.


W Afryce nie można być niczego pewnym. Faktycznie mija chiwila i na szerokości drogi pojawiają się rządkiem ułożone kamienie wielkości głowy. Nie ma szans na ich wyminięcie. Syum jednak nie zdejmuje nogi z gazu. Matko, co on robi! Zaraz nam zafunduje wywrotkę! Ja wysiadam!


Nie zdążyłam chwycić za klamkę kiedy autko gwałtownie skręciło w lewo i znaleźliśmy się na trochę niżej położonej drodze, biegnącej równolegle z "autostradą" którą przed chwilą jechaliśmy. Trzeba dodać, że jej niższe położenie było wprost proporcjonlne do jakości. Z klasy Bussiness przez ekonomiczną powróciliśmy do luku bagażowego.




wtorek, 26 maja 2009


- Syum, możemy jechać? - pytamy patrząc na leżącego brzychem do góry na mikroskopijnej drewnianej ławce kierowcę.

- Doooobra. - leniwie odpowiada i powolutku wstaje. Żeby nam tylko nie usnął za kierownicą z tego rozleniwienia. Może niech sobie pożuje czatu? Albo lepiej nie, bo wtedy to już na pewno nie dojedziemy.

Gramolimy się do naszego autka, które po takim odpoczynku nie ma prawa się popsuć. Z tyłu Rysio, Mania i Florian. Biedna Mania musi siedzieć koło wiercącego się na wszystkie strony posiadacza gigantycznej walizki. Ma chyba najgorsze miejsce ze wszystkich. Florian-paparazii siedzi przy oknie. Musi przecież uwiecznić na kliszy, a raczej na karcie pamięci, to co zobaczymy. Mania to rozumie, dlatego poświęca się siedząc w środku i ryzykując wielokrotne oberwanie z Rysiowego łokcia w głowę. Dzielna dziewczyna.

Tył załadowany. Teraz kolej na przód. Po lewej, za kółkiem Syum, obok niego na zmianę Renia i ja. Siedzimy na jednoosobowym fotelu, starając się uniknąć nadziania na skrzynię biegów, która czasem wbija się w żebro. Nie ma co narzekać, bo przez przednią, nieco zabłoconą i przykurzoną szybę rozpościera się widok na... gromadkę dzieciaków. Dwójka z nich usiłuje wsiąść razem z nami do samochodu krzycząc przy tym nieustannie "Hajlant, hajlant! Ju, hajlnat!" przykładając sobie do ust zwiniętą w piąstkę dłoń.

"Highland" to nazwa firmy butelkowanej wody sprzedawanej w tym rejonie. Kupują ją zazwyczaj bogatsi przyjezdni, a najczęściej turyści. Członków plemion nie stać, żeby wydać 3 birry, czyli mniej więcej złotówkę, na butelkę. Oni piją wodę ze studni, a w porze deszczowej zwykłą deszczówkę, dla nas zabójczą, bo zawierającą różne pasożyty. Miejscowi, mimo iż bardziej od nas odporni też mogą się nimi zarazić. Dzieciaki o wychudzonych rączkach i nóżkach, ale za to z wydętymi brzuszkami to częsty widok. Wcale nie są one najedzone. To poprostu oznaka różnych chorób wynikających z niedożywienia.

Faranji boi się pasożytów, dlatego kupuje wodę butelkowaną, upweniając się pięć razy, że jest ona zamknięta fabrycznie. Niekiedy cwani tubylcy wlewają zwykłą deszczówkę do plastikowych butelek i sprzedają, jako "good and healthy mineral water". Dobra i zdrowa woda mineralna? Chyba tylko dla ameby.

A co jeśli zabraknie butelkowanej mineralki? Pozostaje gotwanie albo odkarzające tabletki z jodyną.

Dzieciaki, które próbują władowac się do naszego autka chcą nam zabrać butelki po wodzie. Wykorzystają je potem na tysiąc różnych sposobów. Wszystkie "Highlandy", które porozrzucaliśmy gdzieś pod fotelami samochodu, albo na kokpicie zostały w oka mgnieniu "wymiecione" przez małych złodziejaszków. Dzieci znikły równie szybko jak się pojawiły.

- Co wy robicie? - Syum po raz pierwszy od wyjazdu z Addis podniósł głos. - Nie dawajcie im pustych butelek! W ten sposób uczą się żebrać! Kiedy zobaczą, że się to im opłaca całe życie zmarnują na żebranie, zamiast wziąć się do nauki, albo do uczciwej pracy!

Ale z nas idioci! On ma racę. Postanawiam, że już nigdy nie popełnię takiego błędu. Jeden cukierek, czy butelka nie poprawi ich sytuacji. Będą za to potem oczekiwać od każdego przybysza jakiegoś drobiazgu. W ten sposób rodzi się mit o chodzących, białych kopalniach złota.

Najlepiej więc jest przyjąć zasadę: "Chcesz coś ode mnie? Daj mi coś w zamian. Zapracuj sobie."

Jak? Pokaż mi na przykład gdzie jest poczta w twojej miejscowości. Dostaniesz w zamian butelkę z wodą. A jeśli jeszcze skoczysz do sklepu i mi ją kupisz, reszta zostanie dla ciebie. To chyba uczciwsze rozwiązanie.

poniedziałek, 25 maja 2009


Pędzący przewodnik wprowadza nas w samo targowe serce. Jesteśmy jedynymi białymi, dlatego niektórzy patrzą na nas podejrzliwie. Różnorodność oferowanych towarów jest jednak tak duża, że szybko zapominają o nowych przybyszach i całkowicie oddają się targowaniu. Bo targowanie jest tu częścią kupiekiej etykiety. Kto jest dobrze wychowany, ten się targuje. Nie wypada kupić rzeczy za pierwszą usłyszaną od sprzedawcy sumę. Po krótkiej rozmowie spada ona co najmniej o jedną trzecią. Targ to nie tylko miejsce zakupów, ale przede wszystkim miejsce, gdzie można uciąć sobie przyjemną pogawędkę, spotkać znajomych, a czasami nawet się pokłocić. Kto jest zmęczony zakupami udaje się w specjalne miejsce na uboczu, częst zadaszone, gdzie w spokoju może się napić teju (czyt. tedżu).



Prawie każdy naród ma swój trunek-wizytówkę. W Polsce jest nim wódka, na Węgrzech tokaj, w Peru czicza, w Japonii sake, a w Etiopii tej. Biedne i bardzo pracowite etiopskie pszczoły produkują ogromne ilości miodu. Dzięki temu kraj jest największym w Afryce producentem tego przysmaku. Aby robota pszczół nie poszła na marne mieszkańcy postanowili wykorzystać słodki smakołyk do produkcji lokalnego likieru. Pomysł zrodził się dawno temu w I w p.n.e, kiedy na tych terenach powstało królestwo Aksum. Podobno sama królowa Saba raczyła się tym najstarszym na świecie trunkiem. Miód to nie jedyny składnik teju. Trzeba go zmieszać z wodą i gesho (czyt. geszo) czyli przyprawą ze zmielonych liści rosnącego na tym terenie dębopodobnego, ciernistego drzewa o czeronych owocach. Całość zostawia się na długi czas do fermentacji. Czasem dodaje się pomarańcze, banany a nawet kawę. Gotowego napoju można napić się w "tej betach" czyli pijalniach teju. Są to z reguły miejsca przeznaczone tylko dla mężczyzn, chociaż często zdarza się, że właścicielkami takich knajpeczek są kobiety. Tam amatorzy słodkiego nektaru piją go w naczynkach o długich, wąskich szyjkach i szerokich dnach o nazwie berele.


Nie czarujmy się jednak. Takie rarytasy są dostępne w północnej części kraju. Na południu pije się telle czyli sfermentowane piwo warzone z różnych zbóż: tefu, kukurydzy, jęczmienia i innych, które są akurat pod ręką. Obowiązkowo doprawia się to gesho. Proces produkcji jest skomplikowany. W skrócie chodzi o to, żeby wymieszać wszystko z wodą i poddać kilkudniowej fermentacji. Po zabiegu wypić.


Takim napitkiem raczą się kupcy i kupujący na etiopskich targach. Siedzą, piją, dyskutują a w powietrzu unosi się odór do złudzenia przypominający ten z polskich mordowni. Jednym słowem nic przyjemnego. Chyba czas wracać do Syuma, bo panowie z "restauracji" coraz częściej nas zaczepiają.



Centralna część miasta, ogromna przstrzeń, zwierzęta, kolorowo ubrani, smukli i wysportowania ludzie. Czyżby przyjechał cyrk? Nie. To po prostu kolejny dzień targowy w jakimś mieście w Etiopii. Ktoś przytachał na plecach górę suchego drewna i teraz chce je sprzedać. Inny liczy, że uda mu się kupić kolorowy koc po okazyjnej cenie. Ktoś ma mąkę, ktoś inny kozy. Wymiana towarów trwa. Bo w Etiopii jeśli ktoś nie ma pieniędzy wymienia to co ma, na to co mu potrzebne.


Jest gorąco, żar leje się z nieba, a w okolicy mało drzew. Nikt przecież nie usytułuje targu w buszu. Na to potrzebna jest otwarta przestrzeń, żeby wszystko było dobrze widać. Nigist siedzi tu od rana, próbując sprzedać mąkę. Wzięła ze sobą kolorowy parasol, który daje jej trochę cienia. Trzyma go dumnie, wyprostowana niczym królowa. Z resztą to właśnie oznacza jej imię. Królowa.


Etiopczycy to prawdziwie królewski naród. Wysocy, smukli, silni. W każdym ich ruchu widać grację i dostojeństwo. Tutaj w spojrzeniu największego żebraka ubranego w najgorsze łachamany można dostrzec jego królewskie pochodzenie. Jest on przecież jednym z potomków króla Salomona.


Kto nie ma parasola przykrywa głowę kalabasami, które mogą służyć też za pojemniki na wodę, krew, mąkę i wiele innych rzeczy. Kalabasa to naczynie, które robi się ze skorupy pewnego owocu z rodziny dyniowatych rosnącego na drzewie, które ma nerkowate, okrągłe liście i białe kwiaty. Sama tykwa jest skorupą. Kiedy owoc dojrzeje jest zielona i okrągła z długą szyjką. Zrywa się ją i moczy dopóki nie stanie się miękka. Wtedy można ją przeciąć, albo ściąć czubek szyjki, wydrążyć miąższ, wysuszyć i naczynie gotowe. Czasem jest dodatkowo szlifowana i ozdabiana. Po tych zabiegach jest gotowa, by przechowywać w niej różne płyny. Tykwa to też świetny materiał do robienia instrumentów, bo nie atakują jej termity.


Tylko w Afryce kapelusz może być jednocześnie filiżanką i talerzem. Ciekawe jakie byłyby reakcje ludzi w Polsce, gdybym któregoś dnia wyszła na ulicę w głębokim talerzu na głowie?

poniedziałek, 11 maja 2009

Pędzimy z moimi towarzyszami podróży (którzy znienacka pojawili się koło mnie) śledząc galopujące nogi natrętnego przewodnika. Chłopaczek prawie biegnie, wcale się przy tym nie męcząc. Bikila Abebe - bosy zdobywca dwóch olimpijskich złotych medali w 1960 i 1964 roku, Haile Gebrsellasie - rekordzista świata w biegu godzinnym, dwukrotny zdobywca złotego medalu oraz jego następca Kenenisa Bekele to tylko niektórzy z etiopskich biegaczy wygrywających maratony. Są znani na całym świecie, a w kraju uważani niemal za bogów. Teraz są wielcy, ale już rośnie nowe pokolenie konkurentów gotowych ich zdetronizować. Bo cała Etiopia biega. Dzieci już od małego zmuszone są wędrować kilka, nieraz kilkanaście kilometrów do szkoły. Potem muszą wrócić z niej szybko do domu, gdzie czekają na nie inne obowiązki. Żeby przyspieszyć, po prostu biegną. Są jak małe Forresty Gumpy. Ich maraton zaczyna się kiedy nauczą się chodzić, a kończy kiedy są już starzy i niedołężni. W pewnym wieku większość chłopców marzy, żeby być jak Abebe i pobijać rekordy. Dlatego ćwiczą. Niektórym udaje się wybić ponad przeciętność, reszcie, dzięki takim treningom, pozostaje świetna kondycja i smukła sylwetka. Ciekawe czy nasz nadgorliwy przyjaciel wystartuje kiedyś w maratonie?

sobota, 9 maja 2009

- Hej mister. Hej. Ju, mister! - rozglądam się dookoła i widzę patrzącego na mnie chłopaczka w wieku mniej więcej ośmiu lat. Pytającym wzrokiem daję mu do zrozumienia, że nie wiem za bardzo o co mu chodzi.
- Mister - powtarza młodzian nie spuszczając ze mnie wzroku. Rozglądam się ponownie i nie widzę nikogo innego, do kogo mógłby się zwracać.
- You taklin' to me? Do mnie mówisz? - pytam niczym Robert de Niro w filmie "Taksówkarz".
- Yes mister. - potwierdza mały. Dwa razy w życiu zostałam pomylona z mężczyzną. Raz w wieku sześciu lat, kiedy ubrana w dżinsową kurtkę po starszym bracie ciotecznym, ze schowanymi pod czapką włosami zostałam nazwana chłopcem przez mamę koleżanki. Drugi zaś nieco później w czasach licealnych kiedy czekając na autobus z włosami obciętymi "na chłopaka" zostałam zaczepiona przez jedną taką babuleńkę, której nie dawał spokoju fakt, że jak na chłopaka mam zbyt dziewczęce rysy twarzy. W celu zaspokojenia ciekawości staruszka owa bez ogródek z grubej rury wypaliła "A ty dziecko to jesteś chłopak, czy dziewczyna?". Niby niwinne zdanie a trauma pozostaje na długo. Od tej pory unikam fryzjerów jak ognia. No tylko, że wtedy te pomyłki były uzasadnione, bo ja na prawdę wyglądałam jak przedstawiciel płci brzydkiej. Ale teraz? Co to dziecko sobie myśli?
- Ale ja nie jestem żaden mister. - wyjaśniłam nieco poirytowana. - Mogę być co najwyżej misterką. Anderstend? Rozumiesz? Nie mister. Noł mister. Lady not mister.
- Yes mister. - odpowiada niezrażony. - You be market?
W żadnym wypadku nie czułam się targiem. Aaa... Mała żaróweczka w mojej głowie nagle zajarzyła. Chyba mu chodzi o to czy idziemy na targ.
Afrykański angielski to bardzo prosty język. Nikt tu nie zastanawia się nad konstrukcją zdań, bo też i rzadko kiedy jest możliwość doskonalenia języka. Ktoś od kogoś usłyszy parę słów w języku Szekspira, doklepie sobie do tego swoją filozofię i wymowę i już umie po angielsku. Zdarza się, że głupi ferendżi nie rozumie co Etiopczyk do niego mówi. Budzi to wśród tubylców oburzenie. "Jak to? To ten Białas nie umie mówić w ojczystym języku? Dziwni ci biali." Jedynym sposobem na zdobycie sympatii, albo przynajmniej na nie wzbudzenie pogardy u miejscowych jest przestawienie się na ich afro-angielski.
- Yes market. - odpowiadam.
- Folow my legs. - mówi nowopoznany.
- Ale po co mam śledzić twoje nogi? - pytam zdziwiona.
- Show you market. Pokarzę ty targ.
- Ale ja nie chcę, żebyś mi pokazywał targ. Sama widzę. Właśnie tam idę i na prawdę dam sobie radę.
- Yes. Folow my legs. - mój towarzysz chyba mnie nie słucha, albo nie rozumie.
- Wiesz co, najlepiej to ty folow swoje legs, ja będę śledzić moje i po prostu się rozejdziemy ok?
- Ok. Come. - szczerzy zęby i macha ręką, żebym poszła w jego kierunku.
No dobra, skoro na prawdę ma taką potrzebę, żeby mnie tam zaprowadzić to niech mu będzie. Ciekawe tylko ile birrów policzy sobie za tą przysługę?

wtorek, 28 kwietnia 2009


W południowej Etiopii każda większa miejscowość ma swój osobny dzień targowy, albo nawet dwa. I tak na przykład w mieście Konso wypada on w czwartki, we wtorki i soboty w Jince, w poniedziałki w Turmi, a w niedziele w Weyto. Amatorzy zakupów codziennie mogą znaleźć inne miejsce w którym będą mogli oddać się rozkoszy kupowania. A jest w czym wybierać, bo asortyment bogaty. Miejsca targowe przyciągają bowiem sprzedawców i kupców z całej Doliny Rzeki Omo. Jest to miejsce pojednania wszystkich plemion zamieszkujących te tereny. Spory zanikają, bo ludność dopada zakupowa gorączka. Każde plemię ma jakiś swój unikatowy produkt, którego wytwórstwem się zajmuje i żaden inny szczep nie może im w tym przeszkadzać. Karo trudni się wyrobem glinianych garnków. Mimo iż ludność ta w zwyczajach, mowie i zachowaniu przypomina Hamerów, to jedank tylko potomkowie Karo mogą lepić garnki, a Hamerowie muszą je od nich kupować. Buni z kolei zbierają miód, którym z powodzeniem potem handlują. Słodki smakołyk jest tu rarytasem, szczególnie wśród mężczyzn, którzy mogą zrobić z niego tedż czyli miodową nalewkę w wersji african. Lud Dozrze za to trudni się wyrabianiem kolorowych, bawełnianych tog o nazwie "shamma". To prawdziwi rzemiślnicy. W ramach równoupranienia dzielą się krawickimi obowiązkami i tak przędzeniem zajmują się panie, panowie zaś to najlepsi tkacze w kraju.
Warzywa, przyprawy, mleko, masło, kawa, drewniane poduszki, bransoletki, skóry kozie przyozdobione muszelkami, kozy, krowy, mydło, powidło i wiele innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy. Oto co można dostać na etiopskim targu w Dolinie Rzeki Omo. Jest tylko jeden warunek. Trzeba przyjść z samego rana, kto zaśpi i zjawi się po połuniu, ten nie ma już czego szukać. No, może oprócz kozich bobków walających się po całym placu targowym. No ale może komuś są potrzebne... Na nawóz na przykład...Albo po coś...
Koło naszej "pięciogwiazdkowej, czatowej restauracji" co chwila przechodzą kolorowo ubrani ludzie. Niby ten sam naród, a jednak każdy wygląda inaczej. Różnią się strojami, fryzurami, a nawet ozdobami. Skąd taka mieszanka? I w ogóle skąd ich tyle?
Ludzie w Afryce zawsze gdzieś wędrują. Nie zważając na porę przemierzają dziesiątki kilometrów. Nie ważne czy jest ranek, popołudnie, wieczór, czy nawet noc. Zawsze znajdzie się ktoś, kto gdzieś idzie... Niby normalka, ale żeby szło ich aż tyle? No dzisiaj to już biją rekordy. Korzeniowski miałby spory problem w dorównaniu im.
- Czy tu zawsze jest taki ruch? - zagaduję przeżuwającego injerę Syuma.
- Nie. - odburkuje pochłonięty konsumowaniem placka.
Wrodzona ciekawość godna Shrlocka Holmes'a nie pozwala mi zadowolić się tą namiastką odpowiedzi. Zadaję więc kolejne bystre pytanie:
- A dlaczego dzisiaj są tu taki tłumy?
- Bo jest targ. - odpowiada, rozdrażniony faktem, że ktoś przeszkadza mu w jedzeniu.
- Targ? - podskakujemy wszyscy na mikroskopijnej ławce w stylu "african knajpkan". - A gdzie?
- O tam. - wskazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Syum, chcielibyśmy to zobaczyć. Przedłużymy nasz postój tu co? - Błagalnym wzrokiem patrzymy na naszego kierowco-kucharza.
- Dobra. - odpowiada od niechcenia. - Ja tu poczekam i zjem.
Niby się tym nie przejął, niby taki spokojny, a ja i tak wiem, że w środku aż skacze z radości, że będzie mógł w spokoju dokończyć swoją injerę.

sobota, 25 kwietnia 2009


Wróćmy jednak do mojej wędrówki poszukiwaniu ustronnego miejsca. Widząc, że nie reaguję na "jujanie", wołający mnie mężczyzna podbiega do mnie i machając rękami wykrzykuje:
- Nie możesz tam iść! Wracaj!
- Co jest? - zastanawiam się zdezorientowana. - Czy oni myślą, że Białasy nie potrzebują czasem zrobić siku? A może złamałam jakieś tutejsze tabu? Żeby tylko z tego nie było jakiejś afery...
- Ferendżi zis łej. - chwyta mnie za ramię i wskazuje kierunek w którym mam pójść.
- Ale ja chcę do toalety. Toilet. Rozumiesz mnie? - głośno i wyraźnie powtarzam ściagającemu mnie Etiopczykowi.
- Ju not goł der. Ju goł der. - nie daje za wygraną nowy znajomy.
- Ale ja chcę goł der. Siku siku. Anderstend? Toliet, tiolet. Fast fast. Coca-cola.
- Yes. Fast fast. Ju goł der. Toliet.
Chyba nie mam wyjścia i muszę pójść za moim prześladowcą. Po krótkiej wędrówce zosatję doprowadzona do blaszanej wygódki przeznaczonej, o zgrozo, tylko dla ludzi o białym kolorze skóry! Standard jej jest lepszy niż, tej do której pierwotnie się wybierałam. Zamiast dziury jest porcelanowa muszla klozetowa. Co prawda trochę wybrakowana, ale co porcelana to porcelana. Do tego blaszane drzwi z zamknięciem w postaci malutkiej kłódeczki przymocowanej od zewnątrz, którą mocniejszym szarpnięciem z powodzeniem można otworzyć. Standardy europejskie w afrykańskim wydaniu.
- Ferendżi only. - mówi Etiopczyk, wyraźnie zadowolony, że spelnił misję nie dopuszczenia Białaski do kontaktu z miejscowymi.
Ja za to zadwolona nie jestem. Zastanawiam się, czy jest jakiś kraj na świecie gdzie nie ma podziałów ze względu na kolor skóry. Wkurza mnie fakt, że nawet tu dotarli ludzie, którzy chcąc pokazać swoją wyższość nauczyli tutejszych, że czarne jest czarne a białe jest białe i pod żadnym pozorem nie można tego łączyć. Zła jestem też na mieszkańców, że swoim zachowaniem pokazują, że akceptują narzucone im reguły postępowania. Ja jednak akceptować tego nie zamierzam. Następnym razem idę tam, gdzie miejscowi.

niedziela, 29 marca 2009


Wybąblone hektolitry Coli dają o sobie znać. Idę za tutejszym ludem w poszukiwaniu wygódki. Blaszane coś stojące na środku pola nie prezentuje się najlepiej, ale cóż, jak mus to mus.
- Ferendżi, hej ferendżi! - macha do mnie ręką jakiś tutejszy.
Ferendżi, to słowo, którym Etiopczycy nazywają przybyszy o białym kolorze skóry. To nic obraźliwego. Zwykła nazwa. A skąd się on wzięła w języku potomków królowej Saby? Według ekspertów, którzy posługują się tym określeniem od lat, a krócej mowiąć tubylców, słowo pochodzi od angielskiego rzeczownika "French" czyli Francuz. Po przekształeceniu go na miesjcowe dialekty powstało określenie ferendżi, frendżi, felendżi i tym podobne. Bo biały czlowiek, to biały człowiek. Francuz, Niemiec, Polak, Hiszpan. Nieważne. Ważne, że jego skóra jest biała.
- Ju, ju! - nie daje za wygraną miejscowy, kiedy nie reaguję na poprzednie nawoływania.
"Ju", to też popularne zawołanie na obcokrajowców. Dla mnie dużo mniej przyjemne niż ferendżi. Geneza, jak łatwo się domyślić, sięga angielskiego "you" czyli ty. Jeśli w Polsce zawoła się do kogoś "Ej ty, chono tu.", jest bardzo prawdopodobne, że wołany nie zareaguje. Pomyśli sobie "A niech se woła. Nigdzie nie idę. Nie będzie mnie tu palcem wytykał". W Afryce działa to tak samo. Nic przyjemnego. Niestety w zwyczajach miejscowych dzieciaków utarło się, że podbiegają do przybysza, co odważniejsze ciągną go na przykład za koszulkę i krzyczą "Ej, ju. Ju. Give mi something", co oznacza "Ej ty. Ty. Daj mi coś."
Na pytanie białasa: "A niby dlaczego mam ci coś dać?" mały cwaniak z rozbrajającą szczerością potrafi odpowiedzieć: "A czemu nie?"
No tak. Czemu nie? W mentalności większości Etiopczyków, osoba bladolica jest synonimem bogactwa. Skoro go stać, żeby tu przyjechać, skoro ma czyste ubranie i to nie jedno, a kilka na zmianę, skoro ma taki duży plecak, skoro je w restauracjach (jakkolwiek by one nie wyglądały), skoro jeździ samochodem, skoro ma okulary przeciwsłoneczne, jednym zdaniem skoro stać go na tyle niepotrzebnych rzeczy to pewnie nie ma co zrobić z pieniędzmi. Ale ja - myśli sobie Afrykańczyk - mogę zdjąć z niego ten ciężar i zabrać mu trochę pieniędzy. On nie zbiednieje, a mi się przyda.
Europejczyk to dla Etiopczyka chodząca kopalnia złota i to dość bezpiecznia, bo nie trzeba do niej zjeżdżać windą.

Jeśli jednak ów nieborak ze Starego Kontynentu majętny wcale nie jest, a jedyne pieniądze, jakie uda mu się uciułać przeznacza na dalekie lub bliższe wyprawy, to pojawia się problem. Rozwiązaniem są długopisy, breloczki, zeszyty i masa innych drobiazgów. Dla Etiopskich uczniów to towar deficytowy. Dla moich pleców, dodatkowy ciężar do dźwigania. Im szybciej sie go pozbędę, tym będzie mi lżej, albo zrobię miejsce na pamiątki z wyprawy.
Handel wymienny to tutaj normalna rzecz. Nieraz można kupić jakiś fajny, lokalny wyrób w zamian za skarpetki albo koszulkę. Może być nawet ta, którą obecnie ma się na sobie. Paniom jednak takiego rozwiązania nie polecam, jeśli nie chcą wędrować z wianuszkiem gwiżdżących adoratorów za sobą.

środa, 25 marca 2009


Dobrze, że Big Mama właśnie niesie nam jedzonko, bo nie mogę znieść smaku czatu w ustach. Ślnika mi cieknie na myśl, że za chwilę zjem pyszne kluchy.

Jednak micha, którą postawiła przede mną wcale nie przypomina talerza wyśmienitego spaghetti. To zwykły, rozgotowany makaron polany chyba... keczupem. Z zazdrością zerkam na Syuma, który jako jedyny zamówił injerę, czyli tradycyjne etiopskie danie i teraz zajada się nią patrząc z pogardą na nasze niby-włoskie niby-specjały. A co tam. Człowek nie świnia i zeżre wszystko - myślę sobie i łapię za widelec. Jest zjadliwe. Nie narzekam, bo sama czasem gorsze rzeczy gotowałam. Coca-cola za to jest wyśmienita. Chłodiutka, orzeźwiająca, daje kopa w tym upale. Nie ma nic lepszego niż napicie się jej w taki skwar. No może oprócz napicia się schłodzonego piwa.

W Etiopii żywność się nie marnuje. Zauważyłam, że zatrzymujący się w przydrożnych restauracyjkach kierowcy, jeśli nie zjedzą wszystkiego co zamówili, dzielą się z dziećmi, których zawsze jest pełno w okolicy. Nie ma w tym nic obraźliwego. Nikomu nie przeszkadza, że dojada po kimś. Liczy się pełny brzuch, co nie zdarza się tutaj często.

Nam też w jedzeniu towarzyszą miejscowe dzieciaki. Oddajemy im połowę naszych porcji. Wszyscy są najedzeni, a talerze puste.

wtorek, 17 marca 2009


Zaskakuje mnie przyjacielskość, jaką okazują nam mieszkańcy tego miasteczka. Przy sąsiedniej stoliko-ławce siedzi grupa ludzi żujących dziwną zieleninę. Jedna z jedzących ten krowi przysmak dziewczyn podchodzi do Renaty i całuje ją w policzek, po czym obejrzawszy ze wszystkich stron jej białą rękę odchodzi do swoich ubawionych tym zachowaniem towarzyszy. Oczy miłośniczki białych rąk są przekrwione. Wydaje się, że kobieta nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Za chwilę jej kolega przysiada się do nas proponując skosztowanie zielska.



Wegetarianie? Nigdzie w Afryce nie spotkałam tubylca żywiącego się wyłącznie roślinami. Owoce, warzywa? To nie jedzenie. To tylko dodatek. Mięso to jest pokarm. Jest dostępne tylko od święta. Dlaczego więc nasi sąsiedzi przy stoliku obok rzują zielsko tak bardzo się przy tym ekscytując? I czemu jeden z nich nas nim częstuje? Może myśli, że w Europie nie ma trawy? A może cieszy się z pory deszczowej i tego, że wszystko wokół rozkwita i się zieleni?


-Chcecie skosztować czatu? - głos Syuma wybija mnie z rozmyślań na temat wegetarianizmu w Afryce.


-Co to jest czat? - pytam zdziwiona.


- To te liście - wskazuje głową na trzymane przez naszego nowego kolegę chabuzie. - Dobrze robią.


- A po co się je je? - pytam coraz bardziej zaintrygowana.


-Nie je, tylko żuje. Dobrze robią. Na żywotność i w ogóle. Tylko nie bierzcie za dużo, bo potem nie uśniecie w nocy. - odpowiada kierowca.


- Syum, próbowałeś tego kiedyś?


- Czasem żuję, kiedy jestem zmęczony.


Spoglądam raz na trzymane przez gościnnego Etiopczyka gałęzie, to znów na grupkę siedzącą przy stoliku obok. Wszyscy są dziwnie podekscytowani. Wygladają jakby nie do końca zdawali sobie sprawę z tego co się wokół dzieje. Piwo w połączeniu z czatem zrobiło swoje. Nie dziwię się już jeździe kierowców w tym kraju. Nażre sie taki zielska i potem usiedzieć za kierownicą nie może, bo w nim wszystko kipi.


Z grzeczności decyduję się skosztować jak smakuje afrykański dopalacz. Biorę, tylko jeden listek, żeby przypadkiem nie przedawkować. Etiopczyk, który nas poczęstował tym wątpliwym rarytasem wybucha śmiechem. Chyba wzięłam za mało. Trudno. Niech się śmieje. Nie mam zamiaru zostać czatomanką.



W smaku nie przypomina mi niczego. Nie mogę porównać tego nawet z trawą, bo po prostu jej nigdy nie jadłam. Po chwili kawałki rozdrobnionego siekaczami listka zaczynają włazić w każdy zakamarek mojej buzi. Powinnam wziąć lekcję spożywania czatu zanim zaczęłam go rzuć. Teraz mam go na co drugim zębie i nie wiem jak się go pozbyć. Rzucie czatu wcale nie jest czadowe.

wtorek, 10 marca 2009


Po kolejnych kilku godzianch jazdy zaczynam mieć problem ze słuchem. W glowie ciągle coś mi dudni i nie mogą zrozumieć zrozumieć słów Renaty. Próbuję odczytać z ruchu jej warg, ale w tej sztuce jestem kiepska. Co gorsza, zauważam, że inni też nie za bardzo orientują się w tym co się do nich mówi. Etiopska Aretha Franklin ma nas na sumieniu. Jej śpiew spowodował niedosłuch u piątki białasów. Syum słyszy doskonale, za to mało mówi. Widocznie magiczny śpiew diwy powoduje u Europejczyków niedosłuch, u Afrykańczyków zaś odjęcie mowy.
Milczący i głusi docieramy wreszcie do ostatniego postoju przed Turmi. To też ostatnia szanasa, żeby coś zjeść. Jest tu mała restauracyjka, w której podobno świetnie karmią. Tak przynajmniej uważa nasz kierowca. Na parkingu, który bardziej przypomina złomowisko stoją ogromne tiry, ze dwa autobusy i nasza machina, która niknie wśród swoich potężnych sąsiadów. Parę kroków dalej widać trzy chaty bez ścian, pokryte strzechą i otoczone drewnianym płotkiem. Na czarnej tablicy wiszącej przed jedną z nich wypisano menu: Injera, Spaghetti, Coca-cola, Mirinda... Dalej nie widzę, bo jest zamazane. Oto najlepsza w mieście restauracja. Skoro tak, trzeba spróbować jej sepecjałów. Wchodzimy więc do środka. Wewnątrz surowy styl afrykańskiego modernizmu. Pięć stołów a la szkolne ławki i współgrające z nimi kolorystycznie siedziska w nowoczesnej, minimalistycznej, rzec można nawet mikroskopijnej deski afrykańskiej. Wszystkiego dopełnia wystrój stołów. Przezroczyste szklanki-musztardówki wygladające na niedomyte i kilka plam na blacie wywołują u gości skojarzenie z ciepłem rodzinnego domu. W tle subtelnie łomocze muzyka lecąca z szafy grającej firmy Stare Rozklekotane Radio. W progu wita nas gospodyni. W jej wzroku dostrzec można złość matki, której dziecko spóźniło się na obiad i musi teraz jeść zimny. Big mama możnaby rzec. Mijamy ją spuszczając w pokorze głowy, jak dzieciaki, które coś przeskrobały i zajmujemu najmniej lepiący się stół. Zastanwiam się, czy do mycia naczyń używają tu płynu i wody. A może języka?
"Co podać?" - zwraca się do nas chudy osobnik, chyba tutejszy kelner. Słowo to wyjątkowo nie pasuje do okliczności.
"A co macie?" - pytam
"Spaghetti i injerę." - rzuca od niechcenia.
Czuję, że mam straszliwą ochotę najeść się czegoś europejskiego. Tak jak cała nasza paczka wybieram spaghetti. Ale będzie uczta. Do tego trochę niezdrowej amerykańszczyzny w postaci Coca-coli, która jest jedynym towarem dostępnym w każdym zakątku kraju. Ślinka mi cieknie na myśl o czekającej mnie wyżerce.

czwartek, 29 stycznia 2009


Trzęsiemy się w naszym spasionym autku jak worki kartofli. Wydaje mi się, że mam deja vu. Za oknami podobny krajobraz do wczorajszego. Ludzie i zwierzęta tarasują drogi, Syum trąbi i na dokładkę w tle leci etiopska muzyczka. A właściwie wszystko inne jest tłem dla wdzierającego się w nasze umysły śpiewu Aster Aweke, nazywanej czasem etiopską Arethą Franlkin. Dlaczego? Duch to Święty raczy wiedzieć. Trzeba przyznać, że jej muzyka jest nieco mniej krzykliwa od pozostałych oferowanych na rynku etiopskim, co nie zmienia faktu, że po dwóch godzinach słuchania powoduje otumanienie i dzwoneczki w uszach.
"Yene konjo, yene konjo" dobiega z głośników. Konjo (czytaj kondzio) to znaczy piękny. Etiopiczycy często się tak do nas zwracają. Do nas czyli kobiet, które stanowią większość w naszej polskiej ekipie. Zupełnie nie rozumiem dlaczego prawią nam takie komplementy? Po pierwsze ich kobiety czyli Etiopki to na prawdę piękne istoty. Zgrabne, wysokie, z "przypalaną" cerą w kakaowym kolorze, mogą śmiało konkurować z Wenwzuelkami o tytuł Miss Świata. Wprawdzie Andrzej Rosiewicz już kiedyś śpiewał, że "najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny". Może i witamin mamy pod dostatkiem, ale gracji mogłybyśmy się uczyć od etiopskich kobiet. Zakładając, że mężczyznom w Etiopii znudzily się ich rodaczki i szukają egzotyki z Europy mogę zrozumieć ich zaloty. Nie rozumiem za to czegoś innego. Skoro tak im się podobamy, to dlaczego uchodzimy z Beatą za siostry bliźniaczki? Oprócz koloru włosów i grzywki nie łączy nas nic, a mimo to wciąż jesteśmy mylone. Po wnikiliwych obserwacjach zachowań tubylców dochodzę do wniosku, że blada twarz to blada twarz. Każda wygląda jednakowo. Tak samo jak ja nie potrafię odróżnić dwóch klaczy maści karej, tak większość Etiopczyków nie jest w stanie odróżnić dwóch Polek maści białej. A ich komplementy są oznaką wrodzonej kokieterii.

poniedziałek, 19 stycznia 2009




Dawno, dawno temu był sobie Wielki Ląd. Nie miał przyjacioł i czuł się bardzo samotny. Wszystko w jego wnętrzu kipiało z nerwów, ze nie zna nikogo na tym świecie. Ktoregoś razu zestresowany zaczął się trząść, aż wreszcie rozpadł sie na kilka częsci. Z tych części powstały inne, trochę mniejsze Lądy. Wielki Ląd przestał istnieć, a nowe Lądy, nazwały siebie Kontynentami. Musiały nauczyć się żyć razem. Najbardziej zaprzyjaźniły się Europa z Azją stając się prawie nierozlączne. Wzięly pod swoje skrzydła też Afrykę. Ameryki Północna i Poludniowa rownież przypadly sobie do gustu i do dzisiaj trzymaja się za rękę, ktorą nazwały Ameryką Środkową. Największymi odludkami okazaly się Antarktyda i Australia. To typowe Samotniczki. Z czasem Azja zaczęła coraz bardziej lubić Afrykę. A była to przyjaźń zaborcza, bo za wszelką cenę chciała ją przysunąć do siebie. Afryka jednak nie chciała. Zaczęły się szamotać i w ten sposób powstała Wielka Dolina Ryftowa, która biegnie po dziś dzień od gór Taurus w Turcji, poprzez Jordanię, wzdłuż morza Martwego i części Czerwonego, mijając Etiopię, Kenię, Tanzanię poprzestając na Mozambiku.



Kimże jest ta, która poroznila Afrykę z Azją? Przedstawiam Litosferę, panią która tworzy zewnetrzna powłoke Ziemi. Do sympatycznych nie należy. Rzeklabym nawet, ze jest sztywna. Mieszka w kilku piętrowym bloku, a jej sąsiadka z dolnego piętra jest Magma, która kiedy chce przyjść w odwiedziny do Litosfery zaczyna trzeć o jej podloże. Najpierw pojawia się w Litosferze pęknięcie, az w końcu zostaje rozerwana . W miejscu rozerwania powstaje rów zwany Ryftem, który zostaje wypełniony przez sąsiadkę z dołu czyli Magmę. Kilka ryftów tworzy Dolinę Ryftową. W Afryce Wielka Dolina Ryftowa probuje poróznic Afryke z Azją. I tak Azja ciągnie ziemie afrykanskie będące na wschod od doliny do siebie, a Afryka resztę ziem na zachód. Przez ten konflikt kiedyś Czarny Ląd zostanie rozerwany na dwie części, a Wielka Dolina, którą tworzą trzy rowy: Abisyński, Wschodnioafrykański i Zachodnioafrykanski przestanie istnieć, tak jak przestaną istnieć plemiona ją zamieszkujące. Na razie jednak zachwyca swoim pięknem.






piątek, 16 stycznia 2009


Tymczasem w Arba Minch piątka białasów i jeden etiopski kierowco-kucharz po zjedzeniu śniadania pakują bagaże na ekstraszybką terenówę, by za chwilę ruszyć w kierunku Turmi. Po załadowaniu wszystkich gratów (łacznie z gigantyczna walizką Rysia) stwierdzam, ze bedziemy jeachać wypasioną, a właściwie spasioną furą, gdyz nasze autko peka w szwach.
Nie ma na co czekać. Ruszamy wysłuchując skarg własciciela walizy-giganta na temat braku ciepłej wody w prysznicu i tnących w nocy komarach. "Skoroś się człowieku wyperfumował jak nie przymierzając ruska tancerka przed występem, to sie nie dziw, ze cala publika komarzyc zleciała sie oczekując popisów estradowych. Rozczarowane brakiem repertuaru ze złości postanowiły pokąsać niedoszłego artystę." - docinam Rysiowi w myślach. Na głos nie ośmielam się tego wypowiedzieć. Musimy ze sobą wytrzymac jeszcze ponad tydzień, więć lepiej nie draznić bestii.

Komarowy nastrój udziela się wszystkim i postanawiamy zrobić konkurs na to kto ma więcej bąbli. Doliczam się u siebie trzech. Nie jest jeszcze tak źle, chociaz przy duzym pechu wystarczy jedno, zeby sie zarazic malaria. Jestem jednak dobrej mysli. Zwyciezcą okazuje sie Rysio, ale jestem przekonana, ze nawet gdyby cale cialo miał pokąsane przez komarzyce, to zadna z nich nie była nosicielka zarodźca zimnicy. Skad to wiem? Jak to mówią: "Złego diabli nie biorą" ;-).

czwartek, 15 stycznia 2009


W Turni zaczyna świtać. Wszystko budzi się do życia. Muga pospałby jeszcze, ale mama przypomina mu, że dziś pomagają naprawiać dach sąsiada. Jest pora deszczowa i trzeba nakryć chatę płócienną matą. W porze suchej wystarczy strzecha, ale teraz kapałoby na głowę, dlatego trzeba wzmocnić konstrukcję. Chłopiec nie prostestuje, bo wie, że po pracy całą wioskę czeka uczta. Gospodarz naprawianego domu zarżnie a potem upiecze kozę. Postawi tez sfermentowane piwo. W społeczności Hamerów wszyscy żyją jak jedna rodzina. Chatki poustawiane są dookoła wioski tworząc koło. Podczas budowania nowej osady najpierw stawia się domy, w których będą spały kobiety i dzieci, a potem na około nich mieszkańcy stawiają ogrodzenie, żeby żadne dzikie zwierzę nie dostało się do środka. Żywy skansen. Domy powstają w ten sposób, ze wbija się w ziemię giętkie żerdzie jedna obok drugiej, tak że tworzą okrąg. Górne części tych badyli nagina się i związuje wszystkie razem. Jeszcze tylko dach w postaci strzechy albo płóciennej maty i mieszkanko dla pani Hamerowej i jej potomstwa jest gotowe. Pan Hamer nie śpi z żoną. Zabiera starszych synów i z resztą męskiej części klanu oraz całym żywym inwentarzem wioski w postaci kóz, krów a nawet czasami wielbłądów śpi na środku głównego placu. Ciekawe czy bardziej kocha swoją połowicę, czy trzodę?

środa, 14 stycznia 2009


Noc afrykańska jest zupełnie inna od polskiej. Cicha, parna i bardzo ciemna. Duszne powietrze powoduje, ze trudno jest usnąć. Człowiek poci się i przewraca z boku na bok, ale sen przychodzi dopiero po kilkudziesięciu minutach. W oknach domku w którym mieszkam są zainstalowane siatki w razie gdyby jakiś nieproszony owad zapragnął przyjść do mnie w nocy z gościną. Szkoda tylko, że drzwi wychodzące na taras zamykają się na kamień, zosatwiając szparę, która spokojnie mógloby wcisnąc się chude dziecko, a co dopiero komar. Mechanizm kamienia prztrzymującego drzwi balkonowe działa w nieco inny sposób niż wszystkie inne mechanizmy mające za zadanie chronić mieszkańca danego lokum przed nieproszonymi gośćmi. Otóz on chroni wszystkich nieproszonych gości przede mną, bo tylko ja nie mogę wyjśc z domku wprost na taras. Każdy kto znajduje się na tarasie może za to odsunąć kamień i spokojnie otworzyć drzwi. W Afryce wszystko postawione jest na glowie.

Nie zrazając sie taką drobnostką opatulam sie w moskitierę, która chyba ma zabezpieczać przed napadami bąków albo szerszeni, bo dziury w niej są wielkości paznokcia dużego palca u nogi i żaden komar na pewno nie bedzie mial większych trudności, zeby sie przez nią dostac do mojej skóry. No chyba, ze ma zaburzenia blednika. Dziś mi wszytstko jedno. Gaszę latakę i probuje usnąć.

"Bzzzzz, bzzzzz, bzzzzz........." Słysze w uszach nieustanne bzykania, ale kiedy zapalam latarkę ustają. Gdzie się podziałeś Anophelesie? A raczej Anophelesko, bo malrię przenoszą komarzyce z tego gatunku. Fruwają sobie te latawice po świecie i tylko się licytują, która przenosi groźniejszego zarodźca zimnicy ( to taka spolszczona nazwa malarii). Kiedy uda się im dorwać jakąś dwunogą ofiarę z gatunku homo sapiens, to gryzą bez ostrzeżenia zostawiając po sobie swędzący ślad i jednego z zarodźców we krwi. Komarzyce lecą dalej, w poszukiwaniu kolejenej ofiary, a piierwotniaczek, ktorego pozostawiły w krwi homo sapiensa zaczyna dzialać siejąc spustoszenie w ludzkim organiźmie. Na ujawnienie się potrzeba mu od siedmiu do pięćdziesięciu dni. Wtedy człowieka dopadają dreszcze, gorączka, biegunka, nudności... Mogłabym tak długo wyliczać. Nie muszę chyba wspominać, że zbyt poźne poddanie się leczeniu może doprowadzić do śmierci.
No to troche postarszyłam. Aby nie dać się atakom wściekłych komarzyc trzeba się wykąpać. Najlepiej użyc w tym celu mydła niezapachowego, bo Anapheleski uwielbiaja zapach potu i słodkich perfum. Zastanawiam się, czy Rysio szuka sobie jakiejś miłej Pani Komarzycy, bo dziś przy kolacji unosil się nad nim mdlący zapach Kelwina Klejna (nie, nie popelniłam błędu w pisowni). Ja w każdym razie nie szukam, dlatego spryskałam się zapachem "Off nr 5".